środa, 15 października 2014

Joga

Kiedy tylko nastawał październik, Jolanda zaczynała odczuwać ciężkość.
Ciężkość ta miała wymiar psychiczny (gdyż Jolanda nie lubiła jesieni), a także fizyczny (ponieważ kończył się sezon jazdy na hulajnodze).

Przez kilka jesieni z rzędu Jolanda spędzała październik pod grubym kocem - tak szorstkim, że dostawała alergii skórnej. Jadła wtedy dużo ziemniaczków - i nie były to warzywa lecz popularne ciastka, które robi się podobno z cukiernianych resztek. Aby zachować równowagę żołądkowo-jelitową, piła hektolitry gorzkiej herbaty. W dodatku całymi dniami oglądała seriale obyczajowe niskiej klasy, w których występowali aktorzy tak słabi, że przyprawiali Jolandę o zawroty głowy.
Nietrudno sobie wyobrazić, że po takim październiku nastawał jeszcze cięższy (tym razem głównie w kilogramy) listopad. Dopiero w okolicy grudnia Jolanda zaczynała odkopywać się z koca, ponieważ nadchodziły święta, które były bardzo fajne i nadawały życiu sens. Poza tym zima to zupełnie inna i znaczne milsza pora roku.

Pewnego roku, jak co roku, niespodziewanie nadszedł październik. Był to jednak rok, kiedy Jolanda rozpoczęła działalność gospodarczą, która polegała na produkcji dziewczęcych hulajnóg w kwiatuszki. Własna firma tak zajęła Jolandę (zabierając jej każdą ewentualnie wolną chwilę), że biedaczka (Jolanda, nie firma) nie zauważyła nadchodzącej jesieni! Pracowała całe dnie i noce, ozdabiając swe hulajnogi makami, konwaliami i piwoniami. Aż w końcu, jedna z klientek (raczej sympatyczna) wyraziła chęć posiadania sprzętu sportowego w kwiatki bardziej odpowiednie do pory roku. Właśnie wtedy Jolanda spojrzała do kalendarza i... oniemiała! Okazało się, ze był 29 października! A ona właśnie dziś przyjechała na hulajnodze do pracy bo było ciepło i świeciło słońce! A to przecież ciężka jesień! Ba! Sam jej środek!

Od tej pory Joladna spędzała jesień bardzo aktywnie. Nie tylko jeździła na hulajnodze (w kwiaty dyni), ale zapisała się również na jogę! Zupełnie zapomniała o ziemniaczkach i szorstkim kocu. Na dodatek, kilka dni później, wybrała się nawet na przyjęcie do sąsiadki - z okazji Halloween!

Taka to była historia!

11 komentarzy:

  1. Pragnę tego ziemniaczka z cukierniczych resztek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jadłam właśnie, dlatego tak mi przyszedł do głowy.

      Usuń
  2. uwielbiam te historyjki, są takie... życiowe! :))))))))

    OdpowiedzUsuń
  3. Hulaj- noga na jesień- super pomysł.
    Hulaj- dusza na ziemniaczki z cukierniczych resztek- szczerze to nie znam ;-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ziemniaczki tylko w Krakowie mają taką nazwę. W innych miastach nazywają się jakoś inaczej. I prawdopodobnie nie są z resztek. Chociaż... Nikt tego nie potwierdził ;) Z wyglądu nie są najpiękniejsze.

      Usuń
  4. A nie może być i joga i... ziemniaczki? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jest najlepiej! :D Ja to praktykuję ;)

      Usuń
  5. oo tak ja też muszę poćwiczyć bo brzuszek rośnie :/

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie wiem, czy zbiorę się w tzw. garść do ćwiczeń, ale czyta się to cudnie :). Pozdrawiam (i zapraszam "do mnie")

    OdpowiedzUsuń
  7. Takie ciasteczka z resztek, co to nie wiadomo czy z resztek są czy nie, to się bajaderka nazywają w tym mieście co to tam stolicę z Krakowa przenieśli. Tak mi się wydaje :-) z tą nazwą ciasteczek tych. Mąsz mój je pochłania.

    OdpowiedzUsuń