poniedziałek, 16 maja 2016

Na zdrowo


Bernadetta miała szalone plany na przyszłość. Wypisała je w różowym notesie i każdego dnia skrupulatnie wykreślała kolejny osiągnięty cel. Szaleństwo tych planów objawiało się w rozmiarze notatnika. Był gruby.
Bardzo gruby.
Miał trzysta stron, a każda z nich została opatrzona datą i zapisana drobnym druczkiem. Terminarz rozpoczynał się dziś, a kończył w niewiadomej przyszłości.
Gdyby Bernadetta zgubiła różowy notatnik i znalazłby go jakiś biedak na ulicy (biedak nie w sensie, że bez pieniędzy tylko, że musiałby to wszystko przeglądnąć. Musiałby to zrobić bo każdy normalny człowiek jest chociaż trochę ciekawy życia innych ludzi), mógłby przeczytać w nim, że jego właścicielka planuje:
- jutro kupić rabarbar, napisać maila do Joli, odnieść buty do szewca
- w poniedziałek wybrać prezent dla mamy, przesadzić kwiatki na balkonie, upiec ciasto
- w przyszłym tygodniu zrobić przegląd samochodu i własnego uzębienia
- za rok mieć już kupione mieszkanie z balkonem
- za dwa lata wziąć ślub z Franiem, kupić domek z ogródkiem pod lasem
- za pięć lat wydać książkę, zarabiać pińć tysięcy w dwa tygodnie i zwiedzić Australię
- za dziesięć lat mieć kawiarnię, księgarnię i studio spa
- na emeryturze mieć już zwiedzony cały świat (ewentualnie poza Mauritiusem)
- kupić dom na Mauritiusie i tam zamieszkać, prowadzić schronisko dla bezpańskich psów

W środę Bernadetta miała zaplanowane podcinanie grzywki, wysłanie listów do ZUSu i malowanie roweru (bo zardzewiał). Niestety, ZGUBIŁA notes. Wszystkie plany poszły się paść na łąkę bo Bernadetta szukała go aż od późnych godzin nocnych. Nie znalazł się. Kolejny dzień również był cały na marne ponieważ biedaczka nie mogła przypomnieć sobie co zaplanowała. W wyniku zdenerwowania zapomniała o wszystkim co zamierzała robić w najbliższym czasie! W myślach kołatał jej się ciągle ten domek ze schroniskiem na Mauritiusie oraz przegląd uzębienia. Ale co jeszcze miała w planach? Nie pamiętała!

Postanowiła więc zająć się realizacją tego, czego nie zapomniała. Udała się do dentysty, a potem kupiła bilety na Mauritius (gdzie zabrała także Franka).

I okazało się, że zgubienie notatnika to było całkiem sensowne rozwiązanie!


środa, 25 listopada 2015

I znowu zima


Laura obudziła się w piątkowy poranek i spostrzegła, że znowu nadeszła zima. I pomyśleć, że jeszcze wczoraj biegała w samych pantalonach, boso po trawie! A dzisiaj już śnieg! Trzeba poszukać wełnianego pulowerka w renifery i napełnić wrzątkiem termofor - pomyślała.
Całe szczęście, że Laura lubiła śnieg. Takim osobom łatwiej jest przetrwać zimę (bo ostatecznie są nawet w stanie ubrać te osiem kilogramów kurtek, rajtek, majtek, czapek i traperów i wyjść z domu na mróz - choćby po to, żeby ulepić kulkę ze śniegu).
Dlatego w ten piątkowy poranek Laura wdziała frociane kalesony oraz swój znoszony kombinezon narciarski i opuściła ciepełko domowego ogniska (czyli ukochaną kołderkę w mięciutkim łóżeczku).

Największą przyjemność sprawiało Laurze powolne kroczenie po śniegu. Nogi miała lekko ugięte w kolanach, plecy pochylone i szła w jakby zwolnionym tempie. Wyglądała bardzo dziwnie (i nawet spacerujące po parku psy szczekały na nią przeraźliwie bo wydawała im się podejrzana). Pierwszy krok na świeżym śniegu to przecież sama przyjemność! - powtarzała zdziwionym przechodniom. But należy położyć delikatnie i z wyczuciem, począwszy od pięty powoli dołączając resztę stopy. Tylko w ten sposób można w pełni delektować się przyjemnym "chrupaniem" śniegu pod butami.

Chrup  chrup    chrup      chrup chrup                chrup        chrup             chrup chrup                chrrrruuuup

Odgłos chrupania zawsze kojarzył jej się z tatą i jego dużymi brązowymi butami kroczącymi po śniegu w drodze na pasterkę. W jej wyobraźni śnieg błyszczał wtedy jak miliony kryształków oświetlony światłem księżyca i (wszechobecnymi w okresie świątecznym) lampkami choinkowymi.

Szkoda, że od kilku lat nie było śniegu na święta - westchnęła w myślach Laura i podskoczyła, żeby zerwać z drzewa wielki sopel lodu (wisiał tam i aż kusił, żeby go wziąć do ręki!). Pooglądała go z bliska i daleka, przełamała na pół i już miała nim rzucić w dal, kiedy usłyszała na plecami męski głos.
- Taki wspaniały sopel na zmarnowanie!
Obok niej stał wysoki chłopak, a na głowie miał czapkę ze sterczącymi na boki psimi uszami.
Jego niecodzienny wygląd nie zrobił na Laurze większego wrażenia - w końcu mieszkała w Krakowie, a tu taka "ekstrawagancja" była na porządku dziennym. W duchu stwierdziła jednak, że całkiem do twarzy mu było w tym psie.
Podała chłopakowi przełamany sopel lodu mówiąc, że może go sobie wziąć bo jej nie jest już potrzebny i właśnie zamierzała go wyrzucić.
- Dzięki! Pychotka! - odpowiedział. - Może pomyślisz, że jestem dziwny, ale uwielbiam świeże sople.
Uśmiechnął się szeroko i odgryzł koniuszek - Trzeba przyznać, że nie mają wykwintnego smaku. Bo cała rzecz polega na tym, że one tak przyjemnie chrupią pod zębami - wyjaśnił.
Laura spojrzała na niego z żywym zaciekawieniem. Stał taki wesoły i rumiany. I chrupał lodowy sopel.

chrup chrup chrup chrup   chrup chrup     chrup chrrrrup chrup      chrup chruuup chrup

piątek, 20 lutego 2015

Plany

Henrietta nigdy nie chciała być dorosła, to oczywiste. Jednak pewnego dnia, kiedy zrozumiała, że dorosłość przyjdzie bez względu na jej - Henrietty plany i przekonania, zaczęła miewać koszmary senne.
Kiedy zapadał zmierzch i wszystko wydawało się być straszniejsze niż w rzeczywistości, Henrietta chowała się pod kołdrą i obiecywała sobie, że nigdy, przenigdy nie wyprowadzi się z domu i nie zaniesie na strych swoich zabawek - bo takie okropności prorokowali jej dorośli. Bardzo podobało jej się ówczesne życie i za nic w świecie nie chciała słyszeć o żadnych zmianach.

Wraz z upływem czasu coraz częściej padało pytanie o plany życiowe Henrietty.
- Kim zostaniesz jak dorośniesz, Henrietto? - pytano na imieninach babci Eugenii.
Biedna Henrietta wstydziła się przyznać, że chce być nikim i woli zostać w domu, tak jak teraz bo teraz jest przecież tak dobrze.
Kombinowała więc i główkowała. Rozmyślała i rysowała.
Co mogłaby robić jak urośnie?
Prowadzić małpiarnię dla porzuconych małp! - wymyśliła pewnego dnia. I taką wersję usłyszała uradowana rodzina na urodzinach wujka Romana.

Nie minęło kilka dni i zaraz zaczęto tłumaczyć Henrietcie dorosłe życie.
- Henrietto! - mawiano. - Małpy śmierdzą! Małpy zerwą Ci wszystkie firanki! Małpy kosztują, trzeba kupować im banany, a banany są drogie! Henrietto, jak Ty na tym zarobisz?
Henrietcie przykro było słyszeć te wszystkie komentarze. Bardzo lubiła małpy, uważała, że są pożyteczne i okropnie kochane. Chciała dla nich jak najlepiej, a takie ratowanie małp to przecież świetny pomysł (skoro już musi być kiedyś dorosła).
Dopiero głos taty Henrietty przemówił jej do rozsądku:
- Przecież w Polsce nie ma małp! Żadnej małpy nie trzeba ratować!


I to rozstrzygnęło sprawę. W takiej sytuacji Henrietta postanowiła zbudować olbrzymi dom dla porzuconych zwierząt żyjących w Polsce. Na parterze mieszkałyby konie i słonie (te z cyrków), na pierwszym piętrze świnie, gryzonie i lisy. Na drugim barany, koty i różne ptaki. A na ostatnim mieszkałyby psy (bo najlepiej chodzą po schodach) i ona, Henrietta. Zatrudniałaby weterynarza, który leczyłby je wszystkie i chodziłaby z nimi na łąkę.
Babcia Henrietty oraz wszystkie ciotki, wujki, kuzyni i rodzice, złapali się za głowy i rozpoczęli delikatne sugestie szeptane wieczorem do ucha.
- Franek jest lekarzem, wiesz? To taki świetny zawód!
- Może chciałabyś zostać listonoszką? Mogłabyś przybijać mnóstwo pieczątek.
- A niektóre fajne panie zostają nauczycielkami i cały czas bawią się z dziećmi!

- Dajcie jej spokój, dorośnie to sama zobaczy! - orzekła w końcu mama i wszyscy zamilkli. Henrietta przestraszyła się trochę tego zdania - no bo co takiego sama zobaczy? Wolałaby wiedzieć już teraz, żeby się na to przygotować! Albo uprosić mamę i tatę, żeby nie  musiała tego zobaczyć, jeśli okaże się być straszne.

Mijały lata, a upodobania Henrietty nie zmieniały się. To znaczy, owszem, ulegały pewnym delikatnym modyfikacjom. Po piętrowym domu dla zwierząt Henrietta chciała zostać hodowcą szczurków, kręcić filmy przyrodnicze, organizować międzynarodowe wyścigi ślimaków winniczków, odbierać porody ślimaków winniczków, a na końcu - zostać wyprowadzaczką psów na spacery.
Z punktu widzenia osoby dorosłej, wszystkie plany Henrietty wydawały się być trochę niepoważne.

Zupełnie niespodziewanie przyszedł czas, kiedy Henriettę zaczęto traktować jako dorosłą. Ekspedientki w sklepie zwracały się do niej "Proszę Pani", a mężczyźni całowali ją w rękę. Właśnie wtedy Henrietta polubiła herbatę pu-erh i postanowiła założyć kawiarnię dla rodzin ze zwierzętami.

I tak też się stało.

Do Animaliów mogli przychodzić właściciele psów, kotów, jeży, jaszczurek, chomików, szczurków, świnek i wszystkich innych zwierząt - wraz ze swoimi pupilami, rzecz jasna. Menu było bogate i oferowało najrozmaitsze pokarmy, które zaspokajały głód nawet najbardziej nietypowych klientów. Kawiarnia Animalia stała się miejscem schadzek śmietanki towarzyskiej miasta Krakowa.

:)

W przyszłym tygodniu pierwsze urodziny mojego sklepu! Absurdalia, sto lat!

czwartek, 12 lutego 2015

Absurdalia Kulinaria

Absurdalia znana była w rodzinie ze swych kulinarnych talentów. Jako jedna z nielicznych potrafiła przemienić ziemniaki w rodzynki i usmażyć kotlety w panierce z cukru pudru.
Rodzina starała się bardzo wspierać Absurdalię zachęcając ją do regularnego gotowania obiadów, jednak ona nie była przekonana o słuszności tego pomysłu. Wolała grać w Simsy tłumacząc się, że wirtualnych ludzików przynajmniej nie otruje na śmierć.

I w ten sposób minęło sporo czasu i nadszedł dzień, kiedy Absurdalia wyprowadziła się z domu do Menrza (który nazywany jest tak, aby nie gorszyć sąsiadów bo mężem wcale nie jest i nie zapowiada się, aby nim został). Dzień ten wcale nie był specjalnie wyczekiwany, wręcz odwrotnie - całe dzieciństwo Absurdalia obiecywała sobie, że nigdy nie wyprowadzi się od mamy i taty. Pech chciał, że pewnego dnia skończyła dwadzieścia pięć lat, Monsz miał mieszkanie i wypadało wykonać ten straszliwie dorosły krok. Życie!

W ten oto sposób Absurdalia została sam na sam ze swoimi talentami kulinarnymi.
Ale nie było jej źle. Urodzona pod szczęśliwą gwiazdą (oraz w leniwą niedzielę - to chyba też ma znaczenie), wspierana była najpierw przez rodzinę, a potem przez Menrza, którzy z milczeniem godzili się na jej kulinarną abstynencję od czasu do czasu jedynie delikatnie wzdychając, że mogłaby zrobić w końcu te kotlety.

Przez rok od czasu kiedy wykonała dorosły krok w stronę samodzielnego mieszkania, Absurdalia kilka razy ugotowała obiad z mięsem w roli głównej, a nawet zupę z dyni. I dwa razy pomidorową! Rodzina i Monsz niezmiennie zachwycali się kunsztem jej wykwintnych i wspaniałych dań co zachęciło ją do kroku nieco odważniejszego.

Pewnego dnia udała się na zakupy celem nabycia smalcu. Uknuła tajną niespodziankę dla najbliższych i postanowiła usmażyć im chrust! Niestety, jej niedzielna natura przejęła władzę nad umysłem i smalec przeleżał w lodówce nietknięty przez cały długi rok.
Kiedy w końcu Monsz okrzyczał Absurdalię, że marnuje jedzenie i wyrzucił smalec do śmietnika, ona udała się do sklepu spożywczego i kupiła drugą kostkę tego dziwnego "specjału".  Tym razem od razu zabrała się za gotowanie!
Jakież było jej zdziwienie, kiedy odkryła, że podczas smażenia smalcu z patelni wydobywają się przeraźliwe swądy i smrądy! Nie poddała się jednak! Dokończyła swe dzieło z dumą, zapakowała w trzy pudełka: dla Menrza, dla rodziców i brata oraz dla dziadków i udała się w podróż do swojego domu numer jeden.

Przez całą drogę do domu numer jeden Absurdalia bardzo bała się, żeby nic się nie wydarzyło i jej wspaniały chrust (zwany też podobno faworkami - nie wiadomo dlaczego) mógł rozpieszczać podniebienia rodzinne.
I wtedy wydarzyło się wydarzenie, które może być sugestią, że Absurdalia nie powinna gotować.
Jechała sobie dzielnie samochodem i nagle odpadł jej bak z paliwem. Tak zwyczajnie, na drodze. Szask-prask i już.
Co będzie z chrustem?! - momentalnie załamała się Absurdalia.
Na szczęście całą sytuację uratował tato, który przybył z pomocą i chrust bezpiecznie dotarł do domu numer jeden. Został zjedzony i nawet pochwalony (Trochę gumiasty, ale nawet dobry - powiedział brat).

Uradowana tym ogromnym i niespodziewanym sukcesem, Absurdalia postanowiła ugotować fasolkę po Bretońsku. Ale wcześniej padła na łóżko zmęczona do nieprzytomności i przespała dwanaście godzin. Gotowanie jest jednak straszliwie męczące!

Nazajutrz kupiła fasolę. Trzy opakowania bo wydawały jej się jakieś dziwne małe i chude. Mama zawsze robi wielki gar i porównując do tej fasolki w sklepowym woreczku, zawsze było jej znacznie więcej!
To nic! - pomyślała. Zrobię jej troszkę mniej, na początek.
I kupiła półtora kilograma fasolki Jaś.

Zgodnie z instrukcją podawaną przez mamę, wrzuciła fasolkę do garnka pełnego wody i zostawiła na noc.

Rano... fasolka wyszła z garnka*.

Widocznie to jakaś podróżnicza odmiana fasoli - westchnęła Absurdalia i wysłała Menrza, aby pożyczył dwa wielkie garnki od swojej siostry. Kupiła jeszcze kilogram kiełbasy i zabrała się za gotowanie.

Będzie fasolka dla całej rodziny! Wszyscy się ucieszą!


*Absurdalia nie wiedziała, że fasolka puchnie w garnku i robi się jej dwa razy więcej.

czwartek, 13 listopada 2014

Zimowo i strasznie


Pewnego dnia wyszłam z domu (mieliśmy jechać w podróż. Niezbyt daleką - jakieś dziesięć kilometrów) i nagle okazało się, że jest straszliwie zimno! Natychmiast zawróciłam do mieszkania i wyrzuciłam zawartość szafy na środek pokoju. Odnalazłam zimowe ratjy, majty i skarpety. Ubrałam na siebie po trzy pary wszystkiego i ponownie wybiegłam na pole (tak, tak! Mieszkamy w Krakowie).
Było straszliwie zimno!
"Jest dwanaście stopni!" - powiedział Piotrek widząc mnie ubraną jak na ciężkie mrozy (jesteśmy razem od ponad czterech lat, a on wciąż nie przyzwyczaił się do tego, że ja ciągle marznę).
A ja mogłabym mieszkać w ciepłych krajach, gdzie bez przerwy panuje dziki upał i chodzi się tylko w strojach kąpielowych i ładnych sukienkach! Wracałabym do Polski na święta, żeby zobaczyć śnieg (bo śnieg jest jednak strasznie fajny!).
Mogłabym przyjeżdżać także wiosną - na kwitnące drzewa owocowe (chociaż w moim ciepłym kraju pewnie byłoby ich więcej?). Oraz jesienią - po kasztany.

No i pojechaliśmy w podróż. Na wieś Piotrka (tam też było strasznie zimno).
Przeszliśmy się po łące i po lesie. Posnuliśmy się po domu (w którym tak prawdziwie skrzypi drewniana podłoga). Potem pozwoliłam sobie rzucić się na łóżko (bo to najbardziej sprężynujące łóżko jakie widziałam i okropnie fajnie się na nim podskakuje - na siedząco, żeby nie zniszczyć).
I, siedząc sobie beztrosko, spostrzegłam zdjęcie (wcześniej go tam nie było - tato Piotrka robi porządki). Było stare, czarno-białe. Pani i pan siedzieli na krzesłach, a wokół nich stało czworo dzieci - dwoje chłopców i dwie dziewczynki. Wszyscy byli dziwnie ubrani, jak w dawnych czasach.
Najbardziej spodobała mi się najmłodsza dziewczynka siedząca w samym środku zdjęcia. Miała fajne kucyki i, mimo poważnej miny (wszyscy byli okropnie poważni) wyglądała na wesołą. Na oko miała maksymalnie cztery lata.

I wtedy przyszedł Piotrek i powiedział, że to ciocia Helenka i że zmarła w dziewięćdziesiątym czwartym.
Oraz że ta starsza dziewczynka to jej siostra a jego (Piotrka) babcia, której nie poznał.

I to było straszne. Przerażające wręcz!
Kiedyś, ta (mniej lub bardziej) szczęśliwa rodzina wybrała się wspólnie do fotografa. Zrobił im zdjęcie, które wiele lat stało na komodzie w ich rodzinnym domu. Czas mijał, dzieci rosły, przeżywali swoje przygody, jeździli na wakacje, pracowali, uczyli się. Czas uciekał nadal, wszyscy po kolei zestarzeli się i zniknęli. Zdjęcie wylądowało na strychu na wiele lat.
A dziś ogląda je ktoś właściwie zupełnie obcy. I beztrosko opowiada, że ta czteroletnia dziewczynka to Helenka, która zmarła w dziewięćdziesiątym czwartym - jako starsza pani.
Pewnie może powiedzieć o niej jeszcze kilka krótkich zdań, które usłyszał od kogoś starszego. I tyle.
Całe jej życie (które miała wtedy przed sobą) streścił w dwóch zdaniach (bawiąc się nowym telefonem komórkowym).

Kiedyś ktoś znajdzie nasze zdjęcia i pewnie zrobi to samo.

Brrr. Zimno!


środa, 15 października 2014

Joga

Kiedy tylko nastawał październik, Jolanda zaczynała odczuwać ciężkość.
Ciężkość ta miała wymiar psychiczny (gdyż Jolanda nie lubiła jesieni), a także fizyczny (ponieważ kończył się sezon jazdy na hulajnodze).

Przez kilka jesieni z rzędu Jolanda spędzała październik pod grubym kocem - tak szorstkim, że dostawała alergii skórnej. Jadła wtedy dużo ziemniaczków - i nie były to warzywa lecz popularne ciastka, które robi się podobno z cukiernianych resztek. Aby zachować równowagę żołądkowo-jelitową, piła hektolitry gorzkiej herbaty. W dodatku całymi dniami oglądała seriale obyczajowe niskiej klasy, w których występowali aktorzy tak słabi, że przyprawiali Jolandę o zawroty głowy.
Nietrudno sobie wyobrazić, że po takim październiku nastawał jeszcze cięższy (tym razem głównie w kilogramy) listopad. Dopiero w okolicy grudnia Jolanda zaczynała odkopywać się z koca, ponieważ nadchodziły święta, które były bardzo fajne i nadawały życiu sens. Poza tym zima to zupełnie inna i znaczne milsza pora roku.

Pewnego roku, jak co roku, niespodziewanie nadszedł październik. Był to jednak rok, kiedy Jolanda rozpoczęła działalność gospodarczą, która polegała na produkcji dziewczęcych hulajnóg w kwiatuszki. Własna firma tak zajęła Jolandę (zabierając jej każdą ewentualnie wolną chwilę), że biedaczka (Jolanda, nie firma) nie zauważyła nadchodzącej jesieni! Pracowała całe dnie i noce, ozdabiając swe hulajnogi makami, konwaliami i piwoniami. Aż w końcu, jedna z klientek (raczej sympatyczna) wyraziła chęć posiadania sprzętu sportowego w kwiatki bardziej odpowiednie do pory roku. Właśnie wtedy Jolanda spojrzała do kalendarza i... oniemiała! Okazało się, ze był 29 października! A ona właśnie dziś przyjechała na hulajnodze do pracy bo było ciepło i świeciło słońce! A to przecież ciężka jesień! Ba! Sam jej środek!

Od tej pory Joladna spędzała jesień bardzo aktywnie. Nie tylko jeździła na hulajnodze (w kwiaty dyni), ale zapisała się również na jogę! Zupełnie zapomniała o ziemniaczkach i szorstkim kocu. Na dodatek, kilka dni później, wybrała się nawet na przyjęcie do sąsiadki - z okazji Halloween!

Taka to była historia!

niedziela, 21 września 2014

Kamienica


Kamienica jest zupełnie przyjemna dla oka.
Ma kolor majtkowego różu i duże, białe okna. Nie posiada przesadnych zdobień ani francuskich maszkaronów (dzięki disneyowskim bajkom maszkarony kojarzą mi się przede wszystkim z Paryżem). Jest klasycznie ładna, na swój prosty, skromny sposób.
Patrząc na nią z zewnątrz można odnieść wrażenie, że jej mieszkańcy to osoby kulturalne, lubiące schludne i czyste wnętrza z delikatnym dodatkiem romantyzmu.
Nikt nie spodziewa się, że w tych przepastnych i wysokich mieszkaniach spotkać można tak różnorodnie skrajne (lecz barwne) postacie!
Czy to możliwe, żeby w jednej kamienicy zgromadzili się tak intrygujący mieszkańcy? - zapyta ktoś.
To jest przecież cały przekrój społeczeństwa! W tym jednym domu i pod jednym dachem!
Jak oni wszyscy się ze sobą dogadają?! Jak oni się wzajemnie tolerują?!
Jak to... jak? Normalnie. Jak w życiu.

Mam pomysł (niejeden, niestety). Pomysł ma kształt kamienicy (której bardzo pomniejszony i odrobinę zniekształcony szkic widzicie powyżej), w której jest trzynaście mieszkań (plus piwnica) oraz szaleni(e sympatyczni) mieszkańcy. JEDYNE co trzeba zrobić to narysować to wszystko i opisać. Wtedy pomysł stanie się (moją) WYMARZONĄ bajką dla dzieci - taką trochę nietypową.
Niby proste, a jednak strasznie strasznie trudne.
Co robić???

piątek, 15 sierpnia 2014

Gdzie jest Roman?

Z Romanem są same problemy!

Najpierw, na samym początku, nie wiadomo było w ogóle, że ktoś taki istnieje. Pojawiały się jedynie przelotne rozmowy w stylu: A jakie dziewczyny lubi Artur? A czy Magda ma chłopaka? Czy Łukasz pasuje do Marty? Co o tym wszystkim sądzi Mateusz oraz co będzie z tą całą Karoliną? Rozmowy miały ton żartobliwy i, chociaż każdy w głębi duszy miał nadzieję, że odniosą jakiś skutek, nikt nie pomyślał o Romanie!

Minęło trochę czasu (czasem czas jest niezbędny dla rozwoju sytuacji).
Podczas spotkań towarzyskich wspominano dawne, dobre dzieje i opijano (mniej lub bardziej znośną) teraźniejszość. Każdy tkwił w poczuciu, że jest tak, jak być powinno oraz, że będzie jak będzie. Śmiano się i żartowano.
Jedynie dobry obserwator mógł zauważyć, że coś jest nie tak... Kogoś brakowało w tym ogólnym zgiełku (dobry obserwator mógł odnieść wrażenie, że brakuje tam dość Ważnych Osób!). Obserwator myślał i myślał dniami i nocami. Tygodnie zamieniały się w miesiące, tak długo myślał!
Aż nagle...HYC! Pomysł wpadł mu do głowy.  Pomysł być znakomity! Wspaniały, wręcz DOSKONAŁY... ! Ale... brakowało mu pewnego szlifu.

Obserwator pędem pognał do Dawnej Sąsiadki i wszystko jej opowiedział (aż się troszkę popluł z emocji, wstyd przyznać). Sąsiadka niemrawo wzruszyła ramionami, więc pognał do Pewnej Znajomej z nadzieją, że może ona da mu dobrą radę. Niestety, okazało się, że Znajoma również nie miała wiele do powiedzenia w tym temacie. Uśmiechnęła się do niego (obserwator nie był pewien czy był to uśmiech z sympatii czy raczej ze współczucia), więc pognał dalej. Przez cały tydzień pytał wszystkich napotkanych osób co sądzą o jego pomyśle oraz jak mu na imię (jemu, czyli Romanowi - ale wtedy nie znano jeszcze tego imienia).
Niestety. Nikt nie wiedział.

Obserwator bardzo posmutniał. Pomyślał nawet, że to już koniec, że nic nie zdziała i nic nie zmieni w życiu swoich przyjaciół. Na szczęście obserwator był człowiekiem urodzonym pod szczęśliwą gwiazdą i dokładnie w momencie, kiedy posmutniał i lekko się załamał, natychmiast wpadła mu do głowy odpowiedź na pytanie, której szukał przez ostatnie dni!

Przecież to ROMAN!!!
ROMAN SIDŁO!!!
Jak mógł o nim zapomnieć?!
Wymyślił go przecież wiele lat temu z nadzieją, że spotka go w przyszłości.

Poskakał więc (obserwator) chwilę po łóżku (z radości) i obdzwonił wszystkich bliższych i dalszych Znajomych, dawne i teraźniejsze Sąsiadki oraz przypadkowych ludzi informując ich, że już ma! Że to przecież Roman! Roman Sidło!

I nastała błoga radość.
Niestety, nie na długo. Dość szybko wyszło na jaw, że nie wiadomo jak ów Roman wygląda. No jasne, wiadomo, że musi być modny. To pewne, że musi mieć brodę i tatuaż! Tak, tak. Romanowi zdecydowanie dobrze z oczu patrzy bo to zwyczajnie dobry facet! Ale co dalej? Jaką ma koszulę? Kształt czaszki? Czy nosi okulary?

Znów wszystko stanęło w miejscu.

Jednak obserwator pęka z dumy, że przypomniał sobie o Romanie Sidło. I kupił nawet stosowną domenę (romansidlo.pl!). I jest głęboko przekonany, że z początkiem jesieni zorganizuje pierwsze i najwspanialsze na świecie spotkanie mające na celu zapoznać swoich znajomych z ich znajomymi i znajomymi ich znajomych i ich znajomych, aby wszyscy Ci pojedynczy fajowscy ludzie spotkali swoją parę! I żeby nie byli już sami!

W ten oto sposób, obserwator (z pomocą Romana Sidło) rozpoczyna działalność mającą na celu łączenie fajnych ludzi w pary! Jeśli dowiemy się jak Roman wygląda i uda się go narysować, oczywiście.
         
Więc przygotujcie swoich samotnych, fajnych znajomych z Krakowa na spotkanie z Romanem i przeznaczeniem! :D

piątek, 25 lipca 2014

Niemoralia

Roman sztangista znany był we wsi Filutkowo z tego, że nosił na rękach otyłe kobiety.

Nikogo w miasteczku nie dziwił ten widok (tylko czasem niektórzy mężczyźni zielenieli z zazdrości). Wszyscy wiedzieli, że jeśli Roman nie ćwiczył swoich okazałych mięśni, robił się bardzo drażliwy. Natychmiast zaczynało swędzieć go całe ciało, dostawał wysypki i nerwowej zadyszki. Tarzał się wtedy w polu zboża, które przyjemnie drapało go w plecy, albo biegał po całym miasteczku wierząc, że wiatr który przy tym powstawał łagodził jego ból.
Niestety, w obu przypadkach we wsi Filutkowo pojawiały się ogromne zniszczenia. Zboże, z którego miał powstać duży zapas mąki na chleb, zostało zgniatane przez Romana i do nieczego się już nie nadawało. Natomiast wiatr wytwarzany podczas jego biegów był tak silny, że powalał stare ogrodzenia i młode drzewka owocowe.

Nie było rady. Jedynym sposobem na Romana sztangistę były ciężary. Codziennie popołudniu przynoszono pod jego dom wory pełne ziemniaków i marchewki, a kobiety ustawiały się w kolejce na "rundkę wkoło domu". Roman chwytał worki w dłonie, a kobiety sadzał na swoich barkach i truchtał przez całą wieś. Ani jedna kropla potu nie pojawiała się na jego czole, taki był silny!

Pewnego dnia we wsi Filutkowo ogłoszono loterię, w której do wygrania była spora suma pieniędzy. Wszyscy mieszkańcy natychmiast rzucili się do kolektury, ponieważ każdy chciał zgarnąć zwycięski los dla siebie. Po kilku dnaich, kiedy wygrana wciąż jeszcze nie została nikomu przydzielona, zoragnizowano naradę. Kobiety, które dość już miały noszenia ich przez Romana, ogłosiły, że wygrane pieniądze przeznaczą na hantle. Mężczyźni równie zmęczeni ciągłym stawianiem nowych płotów i sadzeniem drzew owocowych, szybko przyłączyli się do swoich żon.
W ten oto sposób, za pieniądze wygrane na loterii, zakupiono profesjonalne hantle i sztangi i stworzono prawdziwą siłownię dla Romana.

We wsi Filutkowo nastał spokój. Zboże pięknie rosło, drzewka rodziły dorodne owoce, a kobiety, które miały teraz znacznie więcej czasu... zaczęły ćwiczyć atletykę, stały się zdrowsze i wysportowane.

-------------------------------
W Absurdaliach ostatnio trochę gorzej. Siedzimy sobie ukryci za rusztowaniami. Odnawiają kamienicę, w której mamy sklep. Oczywiście, potem będzie tylko lepiej bo kamienica będzie piękna i kusząca. Tylko jak przetrwać wakacje? Zobaczymy. Pomysłów mam milion, codziennie nowy :)


Wolne chwile (których ciągle za mało!) umilamy sobie spacerami z psami, pływaniem i snuciem planów wakacyjnych.


O, a tak właśnie wyglądają spacery jeśli wszystkie psy weźmiemy jednocześnie (dlatego niezbyt często sobie na to pozwalamy) ;)


czwartek, 3 lipca 2014

wilki

Wilczyca Renata zawsze myślała sobie, że kobiety powinny pracować na wysokich stanowiskach, jeździć dobrymi samochodami i umawiać się na biznesowe lancze.

Kiedy miała czternaście lat, właśnie tak wyobrażała sobie swoje przyszłe życie.

Zasiadała przy swoim (nadgryzionym zębem czasu) biurku po mamie i wyklejała do zeszytu wycinki z gazet. Przedstawiały one wysokie biurowce, skórzane teczki, nowoczesne komputery, śliskie rajstopy z brokatem, sushi i inne przedmioty będące na wyposażeniu każdej wolnej kobiety (wolnej czyli niezależnej - powtarzała rodzicom Renata).
W szkole, na zajęciach plastycznych, tworzyła z papieru poważne kalendarze z miejscem na codzienne zapiski i rozkładem zebrań rady nadzorczej (ah, brzmiało to tak dorośle!). Po szkole ćwiczyła język francuski (wydawało jej się, że powinna go znać każda bizneswoman).

Potem Renata dorosła. Trafiła na studia prawnicze i pewnego dnia, siedząc na wykładzie z jakiegoś prawa administracyjnego (lub czegoś podobnego) nagle zatęskniła za zwykłym placem zabaw. Za huśtawkami, nadmuchiwanym basenem dla dzieci, zapachem malin z ogródka i smakiem tortowej masy wyjadanej prosto z makutry. Zerwała się więc na nogi (profesor wykładowca spojrzał na nią krzywym okiem znad niezbyt twarzowych, beżowych okularów) i bez słowa wybiegła z uczelni.
Biegła, biegła przez zawiłe korytarze Wydziału Prawa i tuż przy bramie wyjściowej... wpadła na wilka Sebastiana. 

Nagle okazało się, że Renata nie chce śliskich rajstop z brokatem ani skórzanej teczki z eko-skóry. Wolałaby rozpoczynać dzień ćwicząc jogę w dresie, spacerując po parku z książką i gotując spaghetti bolognese dla wilka Sebastiana (ale ziemniaków całymi dniami obierać nie będzie, nie ma cudów). Mogłaby pracować w domu, przy komputerze i robić na drutach małe buciki dla wilczków.

Ah, te wilki i zmienność ich upodobań!
---------------------------------

Nie byłam szczególnie oryginalna i zrobiłam sobie dwa łapacze snów (teraz są okropnie modne). Ale miałam ku temu bardzo poważny powód! Piotrek (zwany też Menrzem) i ja zrobiliśmy sobie sypialnię w pokoju, którego do tej pory się bałam. Wiszą tam dwa ogromne, okrągłe i stare lustra - na przeciwko siebie. Tworzą taki straszny klimat. Zawsze wydawało mi się, że są portalami do innego świata. Przez jedno z nich potwory z innego świata wchodzą, a przed drugie wychodzą. Złą energię tam czułam! Bałam się tam spać.
A Piotrek? Wręcz odwrotnie, uwielbia te lustra. I zabronił mi je zdemontować. Więc wmówiłam sobie, że jeśli samodzielnie (własnymi rencami) zbuduję łapacze snów i powieszę po jednym na każdym lustrze tooo... zamknę te portale do innego świata! Będziemy bezpieczni.
Śpimy tam już trzecią noc i żyjemy, a moje sny są wyjątkowo fajne. Same przygodówki ;)




środa, 25 czerwca 2014

Moda na sen

Laura nie pamięta kiedy ostatni raz popatrzyła na zegarek.
Wcale nie z tego powodu, że go zgubiła lecz dlatego, że perfekcyjnie opanowała poczucie czasu.
Wystarczy, że kątem oka ujrzała cienie drzew padające na ścianę kamienicy na przeciwko. Albo usłyszała gwizd czajnika u sąsiada z dołu. Lub odebrała telefon od Janusza (który zawsze o tej samej porze przypominał sobie o Laurze, dzwonił i pytał czy obejrzą dziś wspólnie film w telewizji).
Co czwartek Laurę budziła śmieciarka wjeżdżająca z łomotem na jej podwórko.
W soboty wstawała wraz z pierwszym warkotem kosiarki sąsiada z (jedynego w okolicy) domku jednorodzinnego.
W pozostałe dni tygodnia budził ją Gryzli - pies z góry, który szczekał z rozpaczy zaraz po tym, jak jego pani wychodziła do pracy (szczekał równe pięć minut, a potem szedł spać).
O porze obiadowej przypominały Laurze zapachy dochodzące ze wszystkich możliwych stron - napływały z klatki schodowej, z uchylonego balkonu, a nawet z kratki wentylacyjnej w łazience (łazienką dopływał do niej także zapach papierosów, które jedna z sąsiadek wypalała w wannie, zawsze przed pójściem spać). Wraz ze wszystkimi mieszkańcami okolicznych kamienic Laura gotowała ziemniaki i tłukła kotlety.
Wieczorny rytm układał się podobnie. Najpierw dzwoniła mama (z pytaniem co słychać i czy Laura zjadła dziś obiad). Potem dzwonił tato (nie pytał o obiad), a w tym samym czasie przychodził Janusz, włączał komputer i wybierał film (niezbyt romantyczny, ale też bez strzelanek). Następnie Laura szła do łazienki, gdzie brała prysznic - wspólnie z sąsiadką (tą palącą papierosy w wannie. Laura już dawno miała zmienić czas swojej kąpieli, ale wciąż o tym zapominała). Po kąpieli obficie smarowała się pachnącym balsamem (żeby pozbyć papierosowego smrodu), wypijała szklankę wody (dla zdrowia) i układała się na kanapie obok Janusza. Oglądali półtoragodzinny film, robili się senni i szli spać dokładnie w momencie, kiedy usłyszeli chrapanie pana Pawła z mieszkania po prawej.
Zegarek przestał być Laurze potrzebny. 

Pewnego razu Laura wyjechała na kilka dni za miasto. Zostawiła w domu chrapanie pana Pawła, zapach zupy jarzynowej, odgłos śmieciarki i szczekanie psa Gryzli. 
Przyjechała na wieś prawdopodobnie koło południa (godziny nie da się jednoznacznie ustalić), pospacerowała po łące, nawdychała się niezwykle aromatycznego świeżego powietrza i kompletnie straciła poczucie czasu! Poczuła się zmęczona, więc zwinęła się w kłębek na materacu (na werandzie pachnącej piwoniami) i zasnęła. Obudzono ją po trzech dniach! Małe pajączki uwiły pajęczyny we włosach Laury, a myszy polne beztrosko przebiegały przez jej plecy - w drodze z ogrodu do swojej norki. Całe szczęście, że Kuba, kuzyn Laury, wziął się w końcu za koszenie trawy i znajomy warkot kosiarki wybudził ją ze snu. Przespałaby cały tydzień!

------

Chciałabym przespać cały tydzień na ciepłej werandzie pachnącej piwoniami.

środa, 7 maja 2014

Sklep



Dzisiaj do sklepu przyszedł gołąb.
Siedziałam za biurkiem i obserwowałam go jak wędrował po ulicy, ponieważ pewnym krokiem zmierzał w moją stronę. Dotarł aż do drzwi. Przechodząc przez wycieraczkę (z napisem Dzień Dobry) trochę zwolnił. W końcu wkroczył do środka. Wyglądał na bardzo pewnego siebie. Ewidentnie wiedział co robi. Przeszedł przez cały sklep (który nie jest zbyt duży), dotarł do miejsca w którym siedziałam, wypiął kuper i... zrobił to, co gołębie robią najlepiej. A potem zwyczajnie wyszedł, jak gdyby nigdy nic.
Wszystkim powtarzam, że zwierzęta są w moim sklepie mile widziane. Ale ten gołąb trochę przesadził.
Słyszałam, że był później w sklepie obok.
Bardzo prawdopodobne, że ma jakąś tajną misję.

Siedząc całymi dniami w moim sklepie marzeń, spotykam mnóstwo ciekawych klientów (z reguły bardziej kulturalnych niż ten gołąb). Przychodzą sami, z dziećmi, z mamami, babciami, mężami, chłopakami, psami, kotami, a nawet królikami. Czasem widuję też pana, który prowadzi na smyczy dwa kucyki, ale jeszcze nigdy nie wpadł do Absurdaliów.
Rzadko się zdarza, żeby ktoś wszedł do sklepu i zaraz wyszedł obojętnie. Raczej jest tak, że wchodzi jedna osoba (tzw. zwiadowca), rozgląda się i po chwili woła resztę (czekających na zewnątrz), żeby zobaczyli te piękne rzeczy ręcznie wykonane :) Oglądają, wybierają, czasem opowiadają mi różne ciekawostki z życia i zabierają w świat nasze zabawki.
Mnóstwo lisków, króliczków, myszek, laleczek i innych misiów poleciało do Francji, Hiszpanii, Włoch i Ameryki. Niektóre zostają w kraju, jadą do Poznania lub Radomia i jest im z tym dobrze.

A ja sobie siedzę, dzień w dzień w moim sklepie z marzeniami. W dzień powszedni, niedzielę i święta. I obserwuję tych wszystkich ciekawych ludzi. Podglądam i podsłuchuję. A jak wychodzą to bawię się zabawkami!
I szyję!
Na razie uszyłam psa. Było to okropnie trudne z tego względu, że nie lubię szyć. Ale czasem nachodzi mnie taka dziwna potrzeba stworzenia czegoś. I padło na psa. Powstawał jakieś trzy tygodnie! Mamma mia.

Pozdrowienia z Absurdaliów!


czwartek, 27 marca 2014

Bobra noc


Pewien bóbr Jonasz spod Poznania miał problem z zasypianiem.

Każdej nocy przed snem wydawało mu się, że zostanie porwany. Jak tylko gasło światło, wszędzie widział potwory! Sterta ubrań zaczynała wyglądać jak potwór, zasłona falowała złowieszczo, a pod łóżkiem coś dziwnie sapało. Bóbr Jonasz stękał ze strachu, chował głowę pod koc i wołał do potworów, że dzisiaj nic nie jadł, jest wychudzony i nie opłaca im się go zjadać. Drżącym głosem opowiadał, że jest szalenie nudną postacią i nie warto go porywać - bo śmiertelnie się z nim znudzą.

A potem bóbr Jonasz wyciągał spod koca chudą łapkę, włączał lampkę nocną i truchtem biegł do kuchni po zimną herbatę (bobry nie lubią ciepłej). Czasem miał ochotę sięgnąć po tabletki nasenne, ale nigdy tego nie robił. Sąsiadka jego babci łykała dużo tabletek i bardzo źle skończyła (ciągle bolał ją brzuch). Jonasz wiedział, że lepiej jest wypić delikatną, ziołową herbatkę i przeczytać fragment dobrej książki. Nic nie działa lepiej na potwory niż ten właśnie zestaw!

Najlepszą książką na potwory było opasłe tomisko przygód historyka Marco. Główny bohater tego dzieła był typem myśliciela o zainteresowaniach historyczno-wojennych. Jego wielostronicowe rozmyślania i opisy przyrody sprawiały, że potwory z pokoju bobra uciekały drzwiami i oknami, a sam Jonasz zapadał w długi i smaczny sen (niemałą rolę odgrywała tu również ziołowa herbatka).

A sprzedawca z księgarni żył w przekonaniu, że bóbr Jonasz jest znawcą i miłośnikiem literatury historyczno-wojennej.

sobota, 8 marca 2014

Nutella

 Laura zerwała się z łóżka (w którym leżała już od dobrych kilku godzin), ubrała kapcie-króliczki (prezent od babci) i pobiegła do kuchni (miała na sobie tylko cienką piżamę, więc było jej trochę zimno).
Z impetem otworzyła szafkę obok lodówki i omiotła ją wzrokiem pełnym desperacji. Szybkim ruchem przesunęła pudełko kaszy, cukier i rozsypujące się płatki śniadaniowe (były już trochę stare). Okazało się jednak, że w tej szafce nie było tego, czego szukała Laura. Zdenerwowana otworzyła kolejną szafkę (z talerzami), ale i tam niczego ciekawego nie znalazła. Przeszukała więc całą kuchnię demolując ją kompletnie. Przy okazji rozsypała niedbale otwarty worek z kawą, wyciągnęła z szafki wszystkie kubki i zostawiła je na blacie, odkryła w szufladzie zapleśniały chleb i pozbawiła uszka jedną filiżankę (która sama spadła z półki).
Z narastającą złością otworzyła lodówkę - tak silnym ruchem, że aż zabrzęczały wszystkie słoiczki poukładane na półeczkach w jej drzwiach. I... znalazła. Na górnej półce, zaraz przy brzegu, leżał cały słoik nutelli! Nowiuteńki, jeszcze ze złotkiem pod zakrętką.
Laura sięgnęła po łyżeczkę i z impetem wbiła ją w nutellę, przebijając złotko.
Pierwszą porcję zjadła bardzo szybko, aby zabić czekoladowy głód. Dwiema kolejnymi napchała policzki i spokojnie wróciła do łóżka. Resztę nutelli zamierzała zjeść pod ciepłą kołdrą, w towarzystwie babskiej książki.
Każdy normalny człowiek musi czasem zjeść słoik nutelli, prawda?

Z okazji Dnia Kobiet, życzę Wam spokojnego dnia odpoczynku i "niemyślenia". Takiego w łóżku, z nutellą i książką!

A ja... idę do pracy! Oto mój sklepik marzeń:



Dziękuję wszystkim, którzy mnie tam odwiedzili!!! :)

Więcej zdjęć z prawdziwych, żywych i realnych Absurdaliów oczywiście na facebooku... ;)


piątek, 21 lutego 2014

marzenia


Dziś bez bajki i bez obrazka. Dziś biznesowo. Absurdaliusz ubrał się we frak i ogłasza, że Wielkie Otwarcie naszego wymarzonego sklepiku nastąpi już 1 marca! :) Zapraszamy Was wszystkich! Sklepik (o pięknej nazwie "Absurdalia") będzie otwarty codziennie od godziny 10 do 19. A latem pewnie dłużej! Gdzie on w ogóle jest? W Krakowie na Grodzkiej 42 - pod arkadami. Wpadajcie jak tylko będziecie w okolicy! Lub przyjedźcie z daleka właśnie do nas. Będziemy szczęśliwi mogąc Was poznać i ugościć! :) U nas wszyscy będą mile widziani - również zwierzęta domowe (które przecież nie lubią zostawać same w domu!).


Cieszymy się strasznie naszym spełniającym się marzeniem :) Dlatego przygotowaliśmy dla Was konkurs! To taki konkurs organizowany po to, aby spełnić czyjeś małe marzenie (albo chociaż sprawić komuś drobną przyjemność). Bo do wygrania będzie bon o wartości 50zł za który można wybrać sobie jakąś ładną rzecz ze sklepu na Grodzkiej! :) 

A będzie w czym wybierać!! Gwarantuję! :)

Co zrobić aby wziąć udział w konkursie? Zgłosić się w komentarzu tutaj lub na facebooku (pod TYM linkiem) i spełnić dwa warunki: udostępnić TEN facebookowy link i nas polubić :) Ha!

Losowanie 1 marca! :) A bon będzie można zrealizować u nas w sklepiku w ciągu kolejnych trzech miesięcy (lub dłużej, do wakacji!;)). 

Czyje dzieła będą zgromadzone w sklepiku? Oto lista (która ulega ciągłym zmianom, wciąż dochodzą nowi twórcy):

Agea,
Jeje,
Betsy,
Tulaj,
Marysza,
Kollale,
Niechajowie,
Mia mi,
Jarecka,
Galeria Miau,
Fandoo,
Terakoty,
For.rest,
Alala,
Magiczne Atelier,
Inki Pinki,
Poziomkarnia,
Kura D.,
Bebeluszek,
a także ciekawostka: instrumenty od Bartosza Roszko!

Hurrra! :)

sobota, 15 lutego 2014

Spoko Maroko


Józefina była jedną z tych osób, które lubią chodzić boso po lesie.
Wiadomo, że chodzenie boso po lesie jest czynnością bardzo niebezpieczną (żeby nie powiedzieć: bezmyślną!). Można nadepnąć na sterczącą gałązkę, szyszkę, a nawet spotkać żmiję! Sąsiadka cioci Józefiny, Karolina, spotkała kiedyś żmiję w lesie i bardzo się przestraszyła - mimo, że miała na sobie grube buty górskie!
Jednak Józefina należała do tych osób, które nie tracą czasu na myślenie o takich błahostkach jak skaleczona stopa. Wolała skupić się na wdychaniu zapachu lasu i obserwacji szeleszczących i migoczących na słońcu listków - przeróżnych listków o milionie rozmaitych barw i kształtów. Mało która istota na świecie zwracała taką uwagę na różnorodność liści co ona - Józefina.
Co z tego, że ciocia Agata mówiła jej: Nie chodź boso po lesie bo się to źle skończy!
Józefina wcale jej nie słuchała. A wręcz odwrotnie! Kiedy ciocia Agata skupiała się na wygłaszaniu tyrady o bosych stopach, Józefina wykradała ciasteczka z jej puszeczki ze słodkościami! (Należy dodać, że podczas swoich przemówień, Agata zamykała oczy - bo tak lepiej się jej myślało, więc nie widziała co robiła jej siostrzenica Józefina.)
I właśnie w któryś wtorkowy, letni poranek Józefina wybrała się do lasu. Boso, rzecz jasna. Zabrała ze sobą swój ulubiony liliowy termos w kwiatuszki (pełny herbaty z sokiem malinowym) oraz herbatniki i wyruszyła w drogę. Nie miała daleko. Las znajdował się zaledwie pięćset metrów od domu ciotki Agaty, u której Józefina mieszkała od najmłodszych lat.
To był wyjątkowo słoneczny poranek. W powietrzu czuć było, że za kilka godzin zrobi się prawdziwy upał. Na polanie przed lasem Józefina widziała rodzinę zająców, która chłodziła się w pokrytej resztkami rosy wysokiej trawie. Pomyślała, że dotrze do źródełka znajdującego się trochę głębiej w lesie i również trochę się tam ochłodzi. Tak, to była wspaniała myśl! A może spotka tam leśniczego? Lubiła grać z nim w szachy.
Wędrowała sobie Józefina beztrosko przez las. Wdychała jego pyszny zapach, oglądała listki i nuciła wesołą piosenkę. Czuła się wspaniale - tak wspaniale, że zaczęła nawet delikatnie podskakiwać. Hop! Na kamyk! Hop! Na kępkę trawy! Na mięciutki mech! Na zwiędłe liście!
Skakałaby pewnie jeszcze dłuższy czas, gdyby nagle nie usłyszała rozpaczliwego pisknięcia. Coś zawołało przerażonym, piskliwym głosem tak okropnie, że Józefina natychmiast się zatrzymała. Coś, co wydało ten smutny jęk, musiało być małym i bardzo przestraszony zwierzątkiem!
Rozglądnęła się wkoło i dostrzegła na kamyku, tuż obok swojej lewej stopy, małą czarną żmiję!
Żmija musiała być jeszcze dzieckiem. Sprawiała wrażenie bardzo przestraszonej i chyba nie potrafiła się bronić bo tylko leżała i płakała.
Józefina przestraszyła się nie na żarty! Kucnęła obok żmii i zaczęła ją serdecznie przepraszać. Gdyby skoczyła centymetr dalej, byłoby już po żmii! To była straszna myśl! Tak niewiele brakowało, a pozbyłaby życia małe, bezbronne zwierzątko!
Żmija wyciągnęła z kieszeni chusteczkę higieniczną i otarła łzy. Spojrzała na Józefinę i powiedziała cichutkim głosem: - Nie mów nikomu, że boję się gryźć, dobrze? Bo gdybym umiała to już dawno bym Cię ukąsiła! I nie mów nikomu też tego, że płakałam. Żmija schowała chusteczkę i poszła w dal.



--------------------------------------------

Miałam napisać o Maroko? To była egzotyczno-ekstremalna podróż pełna przedziwnych wydarzeń!
Zaczęło się od tego, że w dniu wylotu w Krakowie była gęsta mgła. Lot opóźnił się o cztery godziny i nie zdążyliśmy na drugi samolot (lecieliśmy z przesiadką Kraków-Paryż, Paryż-Tanger). Spędziliśmy noc na lotnisku (nie ostatnią podczas tej podróży) i wydaliśmy dodatkowe pieniądze na kolejny lot.
To miała być podróż pełna przygód. Nie rezerwowaliśmy żadnych noclegów, jechaliśmy "na żywioł". I dostaliśmy to, czego chcieliśmy ;)
Przejechaliśmy całe Maroko, od północy do południa poznając prawdziwe oblicze tego kraju. W każdym mieście bez problemu znajdowaliśmy nocleg za 12-15 złotych. Warunki higieniczno-sanitarne? Lepiej nie pytajcie! W taką podróż zdecydowanie warto zabrać śpiwór i termofor. Oraz grzałkę do wody.
Przytrafiły nam się przygody z arabami, którzy chcieli nas: 1. Wyprowadzić "w pole" i okraść 2. Oszukać 3. Porwać ;)
Mieliśmy dziwne przejścia na pustyni, gdzie nasz samochód oczywiście zakopał się w piasku (a na dokładkę przyszedł pan z wielbłądem na smyczy i chciał od nas pieniądze).
Utknęliśmy również wysoko w górach, w największą burzę śnieżną jaką widziałam. Siedzieliśmy zamknięci w samochodzie, kompletnie zasypanym (na wysokości dwóch tysięcy metrów!) i już myśleliśmy, że to nasza ostatnia noc w życiu (dostałam zakaz dzwonienia do rodziców, żeby ich nie martwić!).
Przeżyliśmy cztery pory roku w ciągu dwóch tygodni.
Kupiliśmy pięć kilogramów mandarynek za 1,50zł.
Nauczyliśmy się pięknej sztuki negocjacji ;)
Niektórzy z nas zaspali na samolot powrotny do Krakowa ;)
Spełniło się moje marzenie: miałam na ramieniu prawdziwą, żywą małpkę.
Chodziliśmy boso po pustyni - okazało się, że to nie było zbyt mądre bo tam są skorpiony i węże!

Podsumowanie: POLECAMY! :D







 















A co ze sklepikiem marzeń na Grodzkiej? Zapraszam na mój facebook. Tam jest więcej informacji :)

wtorek, 4 lutego 2014

Tort


Daria miała dziwne uczucie.
Chciała czegoś, ale jednocześnie nie chciała niczego (czego chciała lub nie chciała? - nie wiedziała!). Siedziała na kanapie (wykonanej ze sztucznej skóry) i od godziny rozmyślała co zrobić z tym dziwnym stanem. Aż swędziało ją całe ciało ze złości!

Może poszłaby na spacer do parku (zabrałaby ze sobą jamnika Rufusa)? Niee... To nie to.
Albo mogłaby wziąć gorącą kąpiel z dodatkiem soli Kingi! Hm... Nieee... Już lepiej byłoby wskoczyć do basenu i popływać.
A może zje obiad? E tam... Jej żołądek pamięta jeszcze obfite śniadanie (rogaliki francuskie z serkiem wiejskim i miodem).
Czytanie? Odpada. Nie ma fajnej książki.
Rysowanie? Ostatnio rysowała jak chodziła jeszcze do przedszkola, więc to chyba jakiś żart.
W takim razie może zrobi pranie? Nie. Filtr jest przecież zapchany, a czyszczenie go byłoby zbyt męczące.
Ewentualnie mogłaby zadzwonić do Karoliny i zaprosić ją na herbatę, ale Karolina wyjechała przecież z chłopakiem do jego babci (babcia Czesia - mieszka w chatce w górach i ma jedną krowę mleczną).

Więc siedziała biedna Daria na swojej kanapie i trzymała się za głowę (ze złości). Była już na skraju załamania nerwowego - bo ileż można zastanawiać się nad tym czego się chce, a czego się nie chce?
Spojrzała na zegarek (za pięć czternasta) i opadła zrezygnowana na stertę poduch leżących w nieładzie tuż obok niej.
Tymczasem, wśród poduszek zawieruszył się mały, gruby stworek ze śmieszną trąbą. Absurdaliusz! Wgramolił się Darii na twarz (bezczelny! - pomyślała), spojrzał prosto w jej zielone oczy i zarumienił się.
- Zjadłbym tort! - powiedział i westchnął głęboko.
Daria zamarła.
Tort? Zjadłaby tort. Z największą przyjemnością. Czyżby to była jedyna rzecz na którą Daria miała ochotę?
Daria i Absurdaliusz usiedli przy kuchennym stole i w promieniach zachodzącego słońca zjedli pyszny tort wiśniowy.

Czasem tak właśnie w życiu bywa.

------

Wróciliśmy z wakacji - Monsz, Absurdaliusz i ja. Relacja wkrótce :)

A tymczasem chciałabym Was serdecznie poprosić o głosy w konkursie na Blog Roku! Do końca głosowania zostało tylko półtora dnia (do czwartku w południe), ale ja wciąż wierzę, że uda nam się przejść do drugiego etapu.

Sms o treści J00013 trzeba wysłać na numer 7122 (koszt 1,23). Dochód z smsów jest przeznaczony dla fundacji Gajusz.

Jeśli macie ochotę zagłosować na Absurdaliusza to będzie nam szalenie miło!!! :)

Szczegóły: TUTAJ


Jeszcze jedno ogłoszenie.
Klubo Księgarnia zaprosiła mnie do poprowadzenia warsztatów z tworzenia książeczek! Zajęcia już w tę sobotę o godzinie 15, ulica Berka Joselewicza. Zapraszamy do zapisywania się! Szczegóły TUTAJ. Warsztaty są dla dzieci, oczywiście:)
Pozdrawiamy!

piątek, 17 stycznia 2014

Liski



Lis Paweł nie wiedział co robić tej słonecznej niedzieli.

Kiedy pada deszcz to wszystko jest jasne! Można pograć w grę planszową, policzyć krople deszczu na szybie, albo uszczelnić okna przed zimą. Oczywiste jest, że wtedy nie wychodzi się z domu (mokre futerko bardzo ziębi liski, a poza tym nieprzyjemnie pachnie).

Co robić w słoneczny dzień? Jazda na rolkach jest niebezpieczna bo można potłuc sobie kolana. Bieganie powoduje nieprzyjemną zadyszkę. Lisek Paweł mógłby ewentualnie pograć w podchody, ale nie ma aż tylu kolegów. Rower też byłby do zniesienia (w ostateczności!), gdyby miał napompowane koła.

Siedział więc lis Paweł na ławce przed domem i wzdychał z nudów. Międlił w łapce kawałek nitki wystającej z jego sweterka (aż spruł jego spory kawałek). Coraz bardziej dobijała go monotonia lisiego życia.

Wreszcie (po godzinie) do lisa Pawła przyszła gęś. Była to gęś z sąsiedztwa, znana ze swoich skłonności do stołowania się u obcych. Nie przepadała za gotowaniem. "Jaki to sens siedzieć w kuchni, skoro można zjeść obiad u sąsiada" - myślała i wychodziła z domu. Tego dnia (był to wtorek) wpadła do lisa (bo wyglądał na takiego znudzonego!).

Gęś usiadła na ławce i chrząknęła znacząco. Wystawiła twarz do słońca i wesoło pomachała nogami (odzianymi w całkiem ładne lakierki). "Ależ jestem głodna!" - powiedziała zalotnie. "Zjadłabym knedli ze śliwkami. Z masełkiem i łyżeczką kakao w proszku. Do tego wypiłabym sok z marchewki i jabłka. Niezbyt schłodzony, ale też nie ciepły"

Lis spojrzał leniwie na gęś. Westchnął głęboko i niespiesznie wstał z ławki. Tak się akurat składało, że miał w zamrażarce trochę knedli śliwkowych, które zrobił w zeszłym tygodniu.

--------

Rysunek liska i gąski zrobiłam na zlecenie Kasi, która napisała zestaw historyjek z tymi zwierzątkami w rolach głównych. Prawdopodobnie będzie z tego coś więcej.
Obrazek zamieszczam za jej zgodą :) Pozwoliłam sobie stworzyć do niego swoją historyjkę, tak na szybko.

Wszystko ostatnio robię "na szybko". Tyle spraw! Tyle załatwiania! Rysowania! Pakowania! Mailowania! Wymyślania!

Tak się (zupełnie przypadkiem!) złożyło, że Monsz i ja otwieramy sklepik na Grodzkiej w Krakowie! Nie mogę spać, nie mogę jeść!
Czy zwróciliście kiedyś uwagę na to, co w Krakowie kupują turyści? Głównie chińszczyznę! Plastikowe ciupagi, chińskie koszulki z napisem "I love Kraków", niezbyt urodziwe gliniane smoki...
Bunt!
Spinamy szyki i wychodzimy na przeciw z silną gwardią POLSKICH, NAJPIĘKNIEJSZYCH, produktów RĘCZNIE robionych. Wiele dni i nocy spędziłam na przeczesywaniu internetów poszukując twórców rzeczy oryginalnych, starannie wykonanych i niepowtarzalnych.
Niech przybysze z obcych krajów zobaczą na co nas stać!
Won z chińszczyzną! :)

Nie mam zgody od osób, które już teraz zgodziły się z nami współpracować. Jednak pozwolę sobie pochwalić się Wam ich dziełami. Bo JEST się czym chwalić!
Lista jest niepełna, z niektórymi osobami wciąż negocjujemy ;)

Agea,
Jeje,
Betsy,
Tulaj,
Marysza,
Kollale,
Niechajowie,
Mia mi,
Jarecka,
Galeria Miau,
Fandoo,
Terakoty,
For.rest,
Alala,
Magiczne Atelier,
Inki Pinki,
Poziomkarnia,
Kura D.,
a na deser Bebeluszek!

Nie sposób zaglądnąć we wszystkie kąty internetu dlatego serdecznie proszę - jeśli znacie kogoś, kto tworzy coś wyjątkowego (może to Wy we własnych osobach!) - piszcie! Jest jeszcze mnóstwo osób, do których nie zdążyłam zaglądnąć. Przepraszam Was i tłumaczę się od razu, że bardzo brakuje mi czasu :(

Na wszystkie ewentualne maile odpowiem po 3 lutego bo jutro jedziemy z Menrzem w podróż! Musimy wydać ostatnią moją wypłatę (tę z rzuconej w Sylwestra pracy). Jak zaczynać nowe życie to całkiem od zera! ;) Hm, gdybyśmy wcześniej wiedzieli o sklepiku, raczej nie kupilibyśmy biletów w podróż. Ale nie wiedzieliśmy, więc czeka nas ciekawa przygoda!

Pozdrawiam!!!


czwartek, 2 stycznia 2014

Nowy rok



31 grudnia, dwie godziny przed północą, zakończyło się moje dawne życie. Punktualnie o dwudziestej drugiej zatrzasnęłam laptop i dołączyłam do grupy ludzi wolnych i szczęśliwych (którzy grali właśnie w jengę i strasznie hałasowali).

Dreszcz emocji przeszedł mi po plecach, kiedy pomyślałam sobie jaki to szalenie symboliczny moment - rzucić pracę (dawnych) marzeń dwie godziny przed nowym rokiem!
Potem była środa - dzień odpoczynku. A potem czwartek - pierwszy dzień mojego nowego życia!

W pierwszy dzień nowego życia zrobiłam strasznie dużo ważnych rzeczy.

Na śniadanie spożyłam płatki z mlekiem - podrabiane "cookies", które Monsz zakupił w Tesco. Były dobre, jednakże przygotowałam ich sobie zbyt dużo i część musiałam wylać do zlewu (Monsz nie może o tym wiedzieć bo bardzo się złości, kiedy tak robię).
Następnie udałam się (za pomocą pojazdu mechanicznego zwanego Złotą Strzałą) do mojego dawnego Instytutu Nauk Szalenie Ważnych, aby odebrać dyplom magisterski. Czekał tam na mnie już od dwóch lat, bardzo dzielnie i cierpliwie (nowy rok to idealny czas na załatwianie zaległych spraw).
Po powrocie (który to powrót odbył się w bardzo przyjemnej, słonecznej aurze), przystąpiłam do przygotowania obiadu eksperymentalnego ("Pierwszego w tym roku!" - zaznaczył Monsz). Znalazłam w szafce gotowe naleśniki-tortille, a w lodówce resztki: kilka ziemniaków, cebulę, kawałek piersi z kurczaka, jogurt typu greckiego oraz stary ser. Połączyłam składniki i wyszło danie nazwane dumnie "Polska Bieda". Nie był to najlepszy obiad w moim życiu. Brzydko pachniał (tym serem) i smakował ziemniakami z cebulą, ale to przecież dopiero pierwszy dzień nowego życia, więc będzie tylko lepiej!
Po obiedzie mój brzuch był głodny (część "Polskiej Biedy" musiałam wyrzucić - przez ten ser). Zjadłam więc cukierka czekoladowego i zabrałam się do sporządzania pierwszych notatek w kalendarzu (kalendarz dostałam od taty na Mikołaja). Notatki są okropnie ważną częścią nowego życia. Wprowadzają harmonię i ład oraz dyscyplinę. Kiedy się porzuca wielką firmę i rozpoczyna samodzielną pracę, łatwo można się zatracić i pomylić dzień z nocą. Trzeba pamiętać o notatkach!

Ostatnią ważną czynnością tego dnia był telefon do Urzędu. Nie wniósł on jednak nic do mojego nowego życia, gdyż czwartek okazał się być dniem wewnętrznym i panie urzędniczki miały wolne.

Wieczorem (czyli już zaraz bo nagle zrobiło się ciemno) planuję zaproponować Menrzowi wyjście do kina. Chciałabym odpowiednio uczcić pierwszy dzień nowego życia, a akurat tuż za rogiem mamy śmieszne, małe kino z tanimi biletami (warto zacząć oszczędzać!).

Podsumowanie pierwszego dnia nowego życia: Muszę przestać wyrzucać jedzenie.


Życzę Wam wszystkim dużo radości, wspaniałych przygód i odwagi w nowym roku! :)

A tu jeszcze kilka zdjęć z ostatniego spaceru z psami w 2013. Było bardzo ciepło i mgliście!
Na zdjęciach występują psy: Laura i Ferdek, Monsz i ja





wtorek, 24 grudnia 2013

Renifery


Absurdaliusz chwycił mnie za rękę i szepnął na ucho: - Tylko nie życz im smacznych barszczyków, wesołych karpików czy uśmiechniętych choinek... Życz im tego czego my sobie życzymy - bo to najfajniejsze co tylko może być!

Posłuchałam Absurdaliusza (on ma zawsze rację). Zatem życzymy Wam wszystkim Spełnienia Marzeń! W te święta magiczne oraz w całym nowym roku.

Bez patetycznych i wzniosłych słów (bo my takich słów nie potrafimy mówić) pozdrawiają:
Marysia i Absurdaliusz