piątek, 19 października 2012

Zoo Zenona - Frania


Wracam do tego co wydarzyło się w Ogrodzie Zoologicznym pana Zenona! Jakby ktoś nie pamiętał na czym skończyłam relację bociana: klik!



Co tak zdziwiło wszystkich przechodniów, którzy tego dnia znaleźli się w pobliżu zoo?

Tuż nad wejściem do zoo, kilka metrów nad ziemią, unosił się… hipopotam! Prawdziwy, żywy hipopotam! 

- To przecież Bogdan! – krzyczał zaaferowany pan Zenon, właściciel Ogrodu Zoologicznego, biegając w kółko obok wybiegu dla hipopotamów. – Bogdan, co Ty wyprawiasz?! Przecież hipopotamy nie latają! Mamma mia!

Bogdan (klik!) zdawał się wcale nie reagować na wołania pana Zenona. Unosił się w powietrzu, delikatnie falując na wietrze (jakby ważył pół tony mniej!) i uśmiechał się najszerzej jak tylko potrafił. Był tak zadowolony, że jego policzki zrobiły się całe różowe! Od czasu do czasu Bogdan wybuchał głośnym, serdecznym śmiechem i machał łapą do swojej córeczki, małej hipopotamki, która spoglądała na niego z dołu.  

Pod wybiegiem dla hipopotamów zebrali się wszyscy pracownicy zoo. Na miejsce przybyła również pani weterynarz Frania.  Dobrze, że akurat miała przy sobie lornetkę! Stanęła obok małej hipopotamki i bardzo dokładnie oglądnęła jej latającego tatę – przez lornetkę. Precyzyjnie przyglądnęła się jego brzuchowi, wielkim łapom i pazurom. Poprosiła go nawet, żeby otworzył paszczę i sprawdziła stan jego uzębienia. Wszystko wydawało się być w porządku. Hipopotam Bogdan był zdrowy. Frania nie potrafiła powiedzieć dlaczego taki wielki zwierz unosił się w powietrzu!

Powstała straszna wrzawa. Pracownicy zoo przekrzykiwali się nawzajem wymyślając absurdalne powody tego niecodziennego zjawiska. Sebastian (który w zoo zajmował się czystością wybiegów) uparcie twierdził, że hipopotam musiał połknąć w całości miejskiego gołębia. Gołąb latał w wewnątrz hipopotama próbując się z niego wydostać i w ten sposób unosił go w powietrzu. Nikt nie uwierzył w dziwną teorię Sebastiana. Przecież w pobliżu Ogrodu nie było nigdy żadnych gołębi!

Biedny pan Zenon krążył wokół wybiegu zdenerwowany. Co chwilę łapał się za głowę i mruczał po nosem coś w stylu: „Jak to możliwe?”, „Co teraz będzie?”, „Jak my go teraz nakarmimy skoro jest tak wysoko?”. 
 - Nie może przecież tak latać w nieskończoność! – przemówił głośno – W końcu zgłodnieje i zejdzie na ziemię, żeby coś zjeść! 

Irenka (klik!) przygotowała dla hipopotama Bogdana same najwspanialsze kąski, które Bogdan od zawsze uwielbiał (risotto, łazanki i pulpet). Nałożyła mu porcję większą niż zazwyczaj i ustawiła ją tak, żeby aromat jedzenia szybko dotarł do wrażliwego nosa hipopotama. Wszyscy mieli nadzieję, że to przekona Bogdana do wylądowania. 

Nic z tego.

poniedziałek, 15 października 2012

Lalka




Pamiętacie mój rysunek dziewczynki latającej z balonikami? O ten (klik!).
Wyobraźcie sobie, że ta dziewczynka OŻYŁA! Jest tutaj, patrzę na nią, trzymam za rękę!!! A ona lata po moim pokoju i od czasu do czasu wesoło się śmieje :D
To niesamowite! :D
Uszyła ją niewiarygodnie zdolna Betsy (klik!). Tak, ta sama Betsy o której pisałam dwa posty temu.

Lalka jest taka ładna! Mięciutka, pachnąca, uśmiechnięta, rumiana, rozmarzona, optymistyczna! Tak pięknie uszyta! I ma zdejmowaną spódniczkę na guziczek! I kolorowe baloniki! Na serio! Ma prawdziwe baloniki! :D I one unoszą ją w powietrzu :)

Nie dość, że jest taka ładna to jeszcze jest wzorowana na moim rysunku! Wiecie jakie to jest przyjemne? Jeśli nie wiecie, to Wam powiem, że SUPEROWE! Ogromna radość dostać taki prezent! :)

Chodziłam po całym domu, zrobiłam jej z tryliard zdjęć (a ona cały czas wesoło chichotała!). Nie mówi zbyt dużo, ale mnie to nie przeszkadza. Znam ją trochę, wiem, że zamiast mówić woli sobie pomarzyć ;)
Teraz zaprzyjaźnia się ze słoniem i z Sówką (klik!). Mam wrażenie, że Sówka jest o nią troszkę zazdrosna (chodzi o względy słonia!). Zobaczymy co to będzie.

To pierwsze zdjęcia, na samej górze, ma oczywiście przypominać rysunek ;) A to ostatnie, na samym dole, zrobił nam Monsz. Pomyślałam sobie, że co tam! Niech już będziemy razem na jednym zdjęciu.
Od lewej: lalka, ja, Ferdek, Laura (Wy jej nie widzicie, ale my tak! ;))
 

Pozdrawiamy! :)

niedziela, 14 października 2012

Nudziella


Stefania nie lubi kiedy marzną jej stopy. Na samą myśl o zmarzniętych stopach oblewa ją zimny pot.

Bleh!

Dlatego też komódka na bieliznę, która stoi w sypialni Stefanii (sypialnia w stylu śródziemnomorskim, komódka niska, z trzema, bardzo głębokimi szufladami) po brzegi wypełniona jest ciepłymi skarpetami.
Babcia Stefanii co roku, dokładnie w wigilię świąt Bożego Narodzenia, wyposaża wnuczkę w kolejną, ciepłą parę frocianych skarpetek.
Każdy kto wie ile lat ma Stefania, wie również ile ma ona par skarpetek. Jednak wśród nich wszystkich jest jedna absolutnie wyjątkowa para.
Tak wyjątkowa, że trudno to sobie wyobrazić!

Pewna para skarpet (w kolorowe paski) jest przez Stefanię tak uwielbiana, że nosi ją ona każdego dnia (oczywiście, tylko po domu, zamiast kapci).
Skarpetki te są już trochę zdarte, jedna z nich ma nawet małą dziurkę. Z tego powodu Stefania nigdy ich nie pierze ("Bo jeszcze by się zniszczyły od nadmiaru wody!" - ostrzega Stefania).

Łatwo sobie wyobrazić, że ta wyjątkowa para skarpet nie pachnie zbyt ładnie. I jest już nieco... ubrudzona. 
I właśnie ten brud, kurz i niezbyt miły zapach sprawiają, że coś dziwnego dzieje z tymi skarpetkami!!


Każdej nocy, kiedy Stefania kładzie się spać, ściąga skarpetki i rzuca je na podłogę (w skarpetach pod kołdrą jest jej jednak za gorąco). Gasi lampkę nocną i zasypia. 

A wtedy...
...obie brudne skarpety... ożywają! 

Co noc wybierają się na podbój świata!

Skarpeta Józek (prawa) zawsze jako pierwszy podpełza do drzwi wyjściowych. Jest w nieco lepszej sytuacji niż Skarpeta Roma (lewa), która ma dziurę na pięcie (przez to nie potrafi tak szybko się poruszać). 
Skarpety wyślizgują się szparą pod drzwiami i wychodzą do ogrodu. 
Jeśli wieje wiatr, mają spore szczęście. Mogą zwiedzić dalekie zakątki świata! Wystarczy, że staną na schodkach i, przy dużym podmuchu wiatru, podskoczą wyyysoko. 
Wiatr niesie je w przeróżne ciekawe, tajemnicze miejsca. 

Jak wracają do domu? Nie mam bladego pojęcia!


Stefania nie wie co wyprawiają jej skarpety, ale nabiera już pewnych podejrzeń.

niedziela, 7 października 2012

Betsy


Oto Betsy. Betsy lubi kolorowe sukienki w kropki, opaski do włosów i piegi :) Ma trzy córeczki i jedną pasję - szyje lalki (pozazdrościć tym dziewczynkom! Wyobraźcie sobie ile one mają lalek!). 
To nie wszystko! Betsy szyje też domki - poduszeczki, tildy, zające, lepi anioły i takie lalki Niedozabawy! Nie wiem jak je nazwać. Wyglądają tak: klik!. Najbardziej podoba mi się ta pierwsza - Fryderyka! Wygląda jakby przyjechała z Paryża! 

A ja uwielbiam Paryż!

Kiedyś będę mieć w Paryżu przytulne mieszkanko w widokiem na Wieżątko Ajfla... Ah. Jak tylko znajdę pracę! Mogę tam pojechać nawet moim superszybkim "Jagularem" marki Tico! (Do pracy i do Paryża.) Szkoda tylko, że francuski język jest taki trudny :(

A wracając do Fryderyki... 

Jest taki jeden Ferdek, który zawdzięcza swoje imię tak wielu osobom, że trudno jest wszystkie tu wymienić! Wśród nich są takie osobistości jak: Ferdek Kiepski, Freddy Krueger, Freddie Mercury,  Fred Astaire, Fernando Alonso i Byczek Fernando.
Ferdek miał być gończym polskim, ale wyrósł z niego raczej... Kundalini (taka rasa stworzona na potrzeby Ferdka). Ma jednak coś z gończego we krwi bo biega szybko jak gepard! Laura, która jest jego siostrą (coś tam już o niej wspominałam) i jest nieco bardziej rasowym wyżłem, gubi nogi próbując go dogonić!

Ferdek jest straszliwie mądry! Rozumie prawie każde słowo, czasem nawet lepiej ode mnie wie, że właśnie chcę z nim wyjść na spacer. Trzeba bardzo uważać o czym się mówi w jego towarzystwie bo momentalnie wyłapuje zdania, które zna (a zna ich zadziwiająco dużo!).
Ferdek ma uszka jak pierożki, które śmiesznie sterczą - jedno w górę, drugie w bok. 

Fot. www.piotrgalus.pl

Strasznie nieregularnie jest na tym moim niemoralnym blogu. Ale nie potrafię tego zmienić niestety.
Jedyne co mogę zrobić to Was pozdrowić! :)

---
Ogłoszenie z ostatniej chwili ;) (bo mi się "przypomło")

Jakby któraś z Was (z Krakowa i okolic) miała jakieś rzeczy, które chciałaby oddać do schroniska dla psów, to ja się wybieram moim Jagularem. Będę zawozić sporo starych prześcieradeł i kocyków!
Oni tam bardzo potrzebują takich rzeczy - zwłaszcza teraz bo idzie zima!
Już trzy razy zawoziłam im tego typu "manatki" i zawsze chętnie przyjmują.
Także zachęcam - zawieźcie same, albo dajcie znać to się jakoś umówimy!

sobota, 6 października 2012

Niespodziewajka

 







Zgadnijcie co! 

Dostałam pudełeczko, a w pudełeczku paczuszki starannie opakowane, a w paczuszkach... Same niespodziewanki! :)
Paczuszka przybyła od samej Piegowatej (klik!). Spodziewałam się słonika, którego wylosowały dla mnie sprytne łapki małej Alicji :) A tymczasem, oprócz słonika... Niebieska sowa, piękna jesienna dynia, fantazyjne żołędzie z naturalnymi czapeczkami! Nawet nie wiecie jak się cieszę! :)

UWIELBIAM niespodzianki!

Słoń grzecznie pozwolił się rozpakować, ukłonił mi się i powiedział "Dzińdobry". 
Od razu powędrował niezdarnie (ma takie małe nóżki i duuuży brzuuuch i przez to tak zabawnie chodzi:)) do drugiej paczuszki. Wskazał ją trąbą mówiąc"tu" (od razu zrozumiałam, że jest nieśmiałym zwierzątkiem). Odwinęłam papier, a z wnętrza wyskoczyła radosna sówka! Ona to mówiła tyyylee, że połowy słów nie zrozumiałam! Wszystko zlało się jakby w jedno, dłuugie słowo:
CześćjestemSówkastraszniedługolecieliśmywtychpaczkachijeśćmisięchcealePiegowatadałanamjedzenie
nadrogęijestwnastępnejpaczceotwórzjąszybko!
Mamma mia! - pomyślałam sobie słysząc tą paplaninę.
Otworzyłam kolejne niespodzianki, a tam jesienna dynia i fantazyjne żołędzie! Sówka od razu chciała zjeść jednego żołędzia, ale poprosiłam ją żeby się powstrzymała i szybko zrobiłam im zdjęcie:



Na pozostałych fotografiach jest tylko jeden żołądź bo Sówka zjadła drugiego, a słonik trzeciego.
W ogóle to ta Sówka cały czas gada co jej ślina na język przyniesie! Że śmiesznie jest bo spadają liście z drzew, a ona nigdy czegoś tak śmiesznego nie widziała. I że słoń jest nieśmiały jak nie wiem co, więc ona musi mówić za niego. Że chciałaby latać, ale jest jeszcze za młoda i na wszystko przecież przyjdzie odpowiedni czas. I że w paczce na poczcie strasznie nimi rzucali na wszystkie strony i że słoń to znosił dzielnie bo jest straszliwie odważny, ale jej się chciało wymiotować czasem.
Tak sobie trochę pogadałyśmy i spostrzegłam, że Sówka i słoń są ze sobą bardzo zżyci. Słoń ciągle tylko patrzy co robi Sówka i jej pilnuje. Zdaje się, że czuje się za nią odpowiedzialny!

Dowiedziałam się również, że słoń nie ma imienia! Czy ktoś wie, jak ma na imię ten słoń?

Jeszcze raz bardzo dziękuję Piegowatej i szanownej komisji losująco-nadzorującej! :)

środa, 3 października 2012

Obrazkowo



 


Uf. Czas pędzi jak nie wiem co! Nie mam kiedy rysować. Nie mam kiedy robić zdjęć. Nie mam kiedy otworzyć photoshopa! To trochę straszne.

Uf x 2!

Strasznie się cieszę, ponieważ Decobazaar.com stwierdził, że mogę u nich opublikować moje rysunki!!! :) Jednocześnie jest to dla mnie jakieś takie trochę dziwne - sprzedawanie rysunków. Nie wydaje się Wam, że dziwne?
Ale klamka zapadła :) Zdecydowałam się, więc jestem! O tutaj: DECOBAZAAR (klik, klik :))
Trochę to trwało (ah, ten czas!): kupienie ramek, wydrukowanie rysunków, zrobienie zdjęć (nad tym muszę jeszcze trochę popracować bo zdjęcia są jakieś takie szare).
Zobaczymy jak to dalej będzie :)

Wracam do pracy!

Ah, jeszcze Wam rzucę Jadzią ;) Bo widziałam, że bardzo się Wam spodobała! :)
Jadzia jest faaaajna. Dziś się z Menrzem (dobrze, że Wam wyjaśniłam pojęcie "Monsz" bo to też było niejasne! ;)) nie wyspaliśmy bo o 1.25 w nocy Jadzia stwierdziła, że robi przemeblowanie w swoim terrarium. A jak wstałam i poszłam z nią szczerze pogadać (bo trochę przeginała), to bezceremonialnie wylazła z terrarium oznajmiając, że jednak będzie biegać po pokoju. 
Ok. Niech biega - pomyślałam. Mimo, że Monsz się martwi, że Jadzia zmarznie jak biega nocą (bo terrarium ma ogrzewanie podłogowe, a pokój Menrza nie ma takich rarytasów).
Jadzia wrzuciła piąty bieg i zaczęła swój rajd wokół kanapy, a ja wróciłam do łóżka. Niestety, nie na długo. Zapomniało nam się, że karuzela Jadzi została na podłodze w pokoju.
Karuzela jest metalowa i wydaje przedziwne piski i jęki, kiedy Jadzia w niej biega (to takie klasyczne kółko do biegania dla gryzoni).
Karuzelka spełnia rolę wesołego miasteczka, które czasem przyjeżdża do Jadzi, a czasem odjeżdża (jak za bardzo piszczy).
Dziś w nocy odjechało daleeekoooo!

Fot. Monsz - www.piotrgalus.pl

środa, 26 września 2012

Zoo Zenona




Wszystko zaczęło się we wtorek (wtorki są bardzo dziwne).

Ogród Zoologiczny pana Zenona znajdował się w samym środku zatłoczonego miasta. Cztery najważniejsze ulice łączące północną, południową, wschodnią i zachodnią stronę miasteczka zbiegały się ze sobą właśnie przy bramie wejściowej do zoo. Tworzyły tam kolorowe, obrośnięte bławatkami rondko. Wszyscy mieszkańcy, którzy chcieli dostać się na przykład z północnej do wschodniej części miasteczka albo z zachodniej do południowej, musieli przemierzyć rondo obok zoo.
Dlatego wszyscy Ci, którzy we wtorek rano zmierzali tamtędy do pracy lub szkoły, zobaczyli niezwykłe widowisko! 

Ryszard, biznesmen ze skórzaną teczką i krawatem w stare samochody, również szedł wtedy do pracy (był on człowiekiem bardzo zadowolonym z rozwoju swojej kariery biurowej). Rozmyślał właśnie nad ważnymi sprawami finansowymi, kiedy zerknął w stronę zoo i… stanął jak wryty. Nie mógł uwierzyć własnym oczom w to, co zobaczył! Z wrażenia nie odebrał telefonu komórkowego, który głośno dzwonił – a był przecież poważnym biznesmenem, więc jak każdy szanujący się biznesmen powinien odebrać telefon, rzecz oczywista. Ale Ryszard tylko stał i szeroko otwartymi oczami patrzył w stronę bramy wejściowej do zoo.

W tym samym czasie przez rondo szła także Klotylda ze swoim pudelkiem Balbinką (pudelek Balbinka ubrany był w gustowny sweterek z plastikowymi brylantami). Zamierzała dotrzeć do salonu fryzjerskiego dla psów, który znajdował się po drugiej stronie miasteczka. Jednak, kiedy przechodziła obok zoo, Balbinka zaczęła bardzo głośno szczekać (wręcz "ujadać"!). Klotylda chciała jej właśnie powiedzieć, że bardzo głośne szczekanie jest nieeleganckie (no bo kto to widział, tak się zachowywać!), ale w tym momencie kątem oka zobaczyła Ogród Zoologiczny i… nie mogła wydusić z siebie ani słowa! Stała i patrzyła na cuda, jakie działy się za bramą zoo. Przez to wszystko spóźniła się do psiego fryzjera (skandal niemożebny)! 

Natomiast bocian z powabną żabką na głowie, stał sobie na jednej nodze jak gdyby nic dziwnego się nie wydarzyło. Mnie nie było wtedy przy bramie do zoo. Wszystko wiem właśnie od bociana. Opowiedział mi co-nie-co (a żabka w tym czasie wygrzewała w promieniach jesiennego słońca swoje błony międzypalczaste. Twierdziła, że to bardzo zdrowe dla żab). 

Teraz już wszystko wiem! I opowiem Wam następnym razem, obiecuję :) 
A bociana narysowałam jakiś czas temu dla pewnej Justyny, którą pozdrawiam!!!:)

.

Ostatnio kąpałam jeża. Naprawdę! Bo Monsz mój i ja mamy naszą pierwszą wspólną Odpowiedzialność. Nazywa się Jadzia i jest jeżykiem pigmejskim (na pewno słyszeliście o takich).
Mieszka u Menrza już od trzech miesięcy. Ja nie mieszkam u Menrza, więc można powiedzieć, że Odpowiedzialność jest jakby bardziej jego, ale to nieprawda (Uwaga! "Monsz" nie mylić z "mąż". Mąż to już jednak poważna sprawa).
Jadzia jest bardzo wesołym zwierzątkiem, podobnym trochę do dzika. Straszliwie szybko biega i głośno tupta swoimi nóżkami. I zajada kocie jedzonko!
Na początku nie chciała jeść jabłek (nie chciała ich też nosić na grzbiecie, jak w bajkach, co bardzo rozczarowało Menrza). Teraz je już wszystko, bardzo głośno mlaszcząc:)

fot. Monsz http://piotrgalus.pl/

Troszkę mam mniej czasu ostatnio, ale wkrótce skończę rysować plakat i się odezwę! :>
Pozdrawiam Was wszystkich serdelecznie!! :)

sobota, 15 września 2012

blogowa krolewna


Blogowa królewna pojawiła się u mnie właśnie przed chwileczką. Zapowiadała, że wkrótce przybędzie i oto jest.

Królewna ta jest absolutnie wyjątkową królewną! Zjawia się tylko w specjalnych sytuacjach.
Mieszka w straszliwie ekskluzywnym zamku, w którym pełno jest pięknych, białych mebli z Ikei, miękkich kanap z haftowanymi poduszkami i smacznych tortów z mnóstwem owoców i bitej śmietany! Ma tam też piękny, dziki ogród z drewnianą huśtawką wiszącą na gałęzi jabłoni (sądzę, że w tym ogrodzie jest również domek na drzewie!).
Przez całe dnie (i noce) relaksuje się, zajada pyszne torty i tworzy piękne rzeczy w swojej pracowni. Co tworzy? Czasem coś uszyje, czasem narysuje, skomponuje, napisze. Zależnie od jej nastroju.

Mieszka w zamku razem ze swoją królewską rodziną, przyjaciółmi i ukochanymi psami.
Nic więc dziwnego, że nie lubi opuszczać tego miejsca. Wyrusza z domu tylko w wyjątkowych sytuacjach, takich jak ta!

Bo sytuacja jest bardzo wyjątkowa! :)

Jest mi straszliwie miło, ponieważ mój blog został wyróżniony przez trzy świetne blogerki:
Maryś, Pannę Kropkę i Yoko. Dziękuję! :) To jeszcze bardziej mobilizuje mnie do pisania (rysowania) bloga. I właśnie do nich leci Blogowa Królewna (przyjedzie do Was na tort, więc się przygotujcie!). Nie tylko jako podziękowanie, ale i wyróżnienie ode mnie. Bo są zdolnymi, twórczymi dziewczynami. Przedstawiać Wam ich chyba nie trzeba :)

Właśnie od nich dowiedziałam się na czym polega ta blogowa zabawa.Osoba wyróżniona ma za zadanie wybrać pięć blogów, które lubi i napisać pięć zdań o sobie (albo też siedem, albo dziesięć - różne wersje widziałam:)).

Trudno jest wybrać pięć blogów z całej, dłuuugieej listy bo wszystkie je bardzo lubię (gdybym nie lubiła, to bym nie obserwowała;)).

Po dłuuuugiiccchhh rozmyślaniach wysłałam Blogową Królewnę to tych oto osób (kolejność przypadkowa!) :

Funita z http://funita.blogspot.com/  bo tak twórczej osoby dawno nie widziałam :D Jej kolaże są całkowicie "odjechane". Za oryginalność!

Marta z http://decomarta.blogspot.com/ bo tworzy niesamowite lalki - superbohaterki i piękne, drewniane domki dla lalek wraz z mebelkami. Bardzo szczegółowe i pracochłonne. MARZĘ o takiej lalce i domku z drewnianymi mebelkami.

Paulina Mleczko z http://groszkowomi.blogspot.com/ za ładne torebki, poduszki, worki na kapcie, lalki... Twórcza dziewczyna!

Anuszka z http://tulajtulaj.blogspot.com/ bo szyje przyjemne, wesołe maskotki dla dzieci i jeździ z nimi po jarmarkach i innych targach dziecięcych. Za pomysłowość i fantazję!

Monika i Kamil z http://cupofmoka.blogspot.com/ za niesamowite filmiki kulinarne (i nie tylko)! Musicie je zobaczyć!!! Blogowa Królewna będzie u nich szczęśliwa bo lubi jeść!

Bebeluszek z http://bebeluch.blogspot.com/ bo fantazja słowotwórcza Bebeluszka nie zna granic! Pięknie i wesoło opisuje swoje życie :)

Aga z http://handpickedforyou.blogspot.com/ bo jest dzielna i zakłada swój własny biznes! Sprzedaje piękne rzeczy do domu. Brać z niej przykład! Spełniać swoje marzenia!

Monika z http://kaszkazmlekiem.wordpress.com/ bo tak pięknie ubiera swoje dwie córeczki! I za to, że uczy dziewczynki, że Hello Kitty to wcale nie jest modowym hitem sezonu. Oby więcej takich mam!

Jo z http://zwidokiemnaobelisk.blogspot.com/ za to, że niezmiennie i wytrwale pokazuje nam ciekawe zakątki Polski, które zwiedza wraz ze swoją rodziną.

Nie pytajcie jaką ocenę miałam z matematyki ;) Dla mnie to jest właśnie pięć blogów! Blogowa Królewna chyba też nie potrafi liczyć bo przyjęła tą listę bez szemrania! :)

Wobec tego teraz powinnam napisać pięć zdań o sobie? Myślę, że spokojnie odnajdziecie te pięć zdań w moich poprzednich i następnych postach!

poniedziałek, 10 września 2012

O niczym

Dziś znowu nie będzie o zoo. Dyrektor Ogrodu Zoologicznego, pan Zenon, jest na urlopie. Zastanawia się cóż począć z tak dziwną bandą zwierząt.
Nadal nie wiecie co one wyprawiają! Myślę, że niedługo się wreszcie dowiecie :)
Cierpliwości!

Laptop mój ukochany dokonał żywota swego w ostatnich dniach sierpnia. Poszedł do lapopopowego nieba i mam nadzieję, że jest tam szczęśliwy.
Nie przegrzewa się, nikt go nie męczy grą w The Sims 3, nie spada na podłogę przez przypadek, żadne szczurki nie gryzą jego przewodów, nie odpadają mu guziczki i potrafi odtwarzać muzykę w momencie, kiedy ma uruchomionego photoshopa. Jest zdrowy i uśmiechnięty gdzieś w innym świecie!

Dlatego tak zaniedbałam blog swój.

Szanuj laptop swój i blogosferę swoją. Tak sobie napisać powinnam nad łóżkiem.

Strasznie dużo ostatnio rysowałam, a rysunków nie ma. Próbuję stworzyć mój najpierwsiejszy w życiu plakat! A przy okazji zrobiłam logo dla Gabridou:



Na logo znajduje się właśnie Gabridou oraz chmurka wychodząca z ust.

Straszliwsko o niczym jest ten mój dzisiejszy post.

To może przedstawię Wam pana Pora Ryszarda? Pana Pora poznaliśmy w Paryżu. (Jak byłam na tej pamiętnej wyprawie, z której przywiozłam Menrza.)
Codziennie robiliśmy zakupy w supermarkecie "Ed". I pewnego dnia spotkaliśmy tam Pana Pora. Siedział na półce wśród warzyw. A że dla nas to była akurat pora na Paryż, no to jakoś tak wyszło, że wzięliśmy tego pora ze sobą i pokazaliśmy mu nieco zabytków.
Tak to się zaczęło.
Potem Pan Por Ryszard jeździł po świecie nieco więcej.
Stał się dosyć znaną postacią w pewnych kręgach.
Ma swój blog. Trochę zaniedbany, to prawda. Jest zbyt zajęty (Pan Por), żeby się zajmować bzdetami.

Kończyć te wypociny!
Kończyć plakat!