Roman sztangista znany był we wsi Filutkowo z tego, że nosił na rękach otyłe kobiety.
Nikogo w miasteczku nie dziwił ten widok (tylko czasem niektórzy mężczyźni zielenieli z zazdrości). Wszyscy wiedzieli, że jeśli Roman nie ćwiczył swoich okazałych mięśni, robił się bardzo drażliwy. Natychmiast zaczynało swędzieć go całe ciało, dostawał wysypki i nerwowej zadyszki. Tarzał się wtedy w polu zboża, które przyjemnie drapało go w plecy, albo biegał po całym miasteczku wierząc, że wiatr który przy tym powstawał łagodził jego ból.
Niestety, w obu przypadkach we wsi Filutkowo pojawiały się ogromne zniszczenia. Zboże, z którego miał powstać duży zapas mąki na chleb, zostało zgniatane przez Romana i do nieczego się już nie nadawało. Natomiast wiatr wytwarzany podczas jego biegów był tak silny, że powalał stare ogrodzenia i młode drzewka owocowe.
Nie było rady. Jedynym sposobem na Romana sztangistę były ciężary. Codziennie popołudniu przynoszono pod jego dom wory pełne ziemniaków i marchewki, a kobiety ustawiały się w kolejce na "rundkę wkoło domu". Roman chwytał worki w dłonie, a kobiety sadzał na swoich barkach i truchtał przez całą wieś. Ani jedna kropla potu nie pojawiała się na jego czole, taki był silny!
Pewnego dnia we wsi Filutkowo ogłoszono loterię, w której do wygrania była spora suma pieniędzy. Wszyscy mieszkańcy natychmiast rzucili się do kolektury, ponieważ każdy chciał zgarnąć zwycięski los dla siebie. Po kilku dnaich, kiedy wygrana wciąż jeszcze nie została nikomu przydzielona, zoragnizowano naradę. Kobiety, które dość już miały noszenia ich przez Romana, ogłosiły, że wygrane pieniądze przeznaczą na hantle. Mężczyźni równie zmęczeni ciągłym stawianiem nowych płotów i sadzeniem drzew owocowych, szybko przyłączyli się do swoich żon.
W ten oto sposób, za pieniądze wygrane na loterii, zakupiono profesjonalne hantle i sztangi i stworzono prawdziwą siłownię dla Romana.
We wsi Filutkowo nastał spokój. Zboże pięknie rosło, drzewka rodziły dorodne owoce, a kobiety, które miały teraz znacznie więcej czasu... zaczęły ćwiczyć atletykę, stały się zdrowsze i wysportowane.
-------------------------------
W Absurdaliach ostatnio trochę gorzej. Siedzimy sobie ukryci za rusztowaniami. Odnawiają kamienicę, w której mamy sklep. Oczywiście, potem będzie tylko lepiej bo kamienica będzie piękna i kusząca. Tylko jak przetrwać wakacje? Zobaczymy. Pomysłów mam milion, codziennie nowy :)
Wolne chwile (których ciągle za mało!) umilamy sobie spacerami z psami, pływaniem i snuciem planów wakacyjnych.
O, a tak właśnie wyglądają spacery jeśli wszystkie psy weźmiemy jednocześnie (dlatego niezbyt często sobie na to pozwalamy) ;)
piątek, 25 lipca 2014
Niemoralia
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
Ferdek,
Laura,
prosiaczek,
psy,
spacer,
sztangista,
Świnka
czwartek, 3 lipca 2014
wilki
Wilczyca Renata zawsze myślała sobie, że kobiety powinny pracować na wysokich stanowiskach, jeździć dobrymi samochodami i umawiać się na biznesowe lancze.
Kiedy miała czternaście lat, właśnie tak wyobrażała sobie swoje przyszłe życie.
Zasiadała przy swoim (nadgryzionym zębem czasu) biurku po mamie i wyklejała do zeszytu wycinki z gazet. Przedstawiały one wysokie biurowce, skórzane teczki, nowoczesne komputery, śliskie rajstopy z brokatem, sushi i inne przedmioty będące na wyposażeniu każdej wolnej kobiety (wolnej czyli niezależnej - powtarzała rodzicom Renata).
W szkole, na zajęciach plastycznych, tworzyła z papieru poważne kalendarze z miejscem na codzienne zapiski i rozkładem zebrań rady nadzorczej (ah, brzmiało to tak dorośle!). Po szkole ćwiczyła język francuski (wydawało jej się, że powinna go znać każda bizneswoman).
Potem Renata dorosła. Trafiła na studia prawnicze i pewnego dnia, siedząc na wykładzie z jakiegoś prawa administracyjnego (lub czegoś podobnego) nagle zatęskniła za zwykłym placem zabaw. Za huśtawkami, nadmuchiwanym basenem dla dzieci, zapachem malin z ogródka i smakiem tortowej masy wyjadanej prosto z makutry. Zerwała się więc na nogi (profesor wykładowca spojrzał na nią krzywym okiem znad niezbyt twarzowych, beżowych okularów) i bez słowa wybiegła z uczelni.
Biegła, biegła przez zawiłe korytarze Wydziału Prawa i tuż przy bramie wyjściowej... wpadła na wilka Sebastiana.
Nagle okazało się, że Renata nie chce śliskich rajstop z brokatem ani skórzanej teczki z eko-skóry. Wolałaby rozpoczynać dzień ćwicząc jogę w dresie, spacerując po parku z książką i gotując spaghetti bolognese dla wilka Sebastiana (ale ziemniaków całymi dniami obierać nie będzie, nie ma cudów). Mogłaby pracować w domu, przy komputerze i robić na drutach małe buciki dla wilczków.
Ah, te wilki i zmienność ich upodobań!
---------------------------------
Nie byłam szczególnie oryginalna i zrobiłam sobie dwa łapacze snów (teraz są okropnie modne). Ale miałam ku temu bardzo poważny powód! Piotrek (zwany też Menrzem) i ja zrobiliśmy sobie sypialnię w pokoju, którego do tej pory się bałam. Wiszą tam dwa ogromne, okrągłe i stare lustra - na przeciwko siebie. Tworzą taki straszny klimat. Zawsze wydawało mi się, że są portalami do innego świata. Przez jedno z nich potwory z innego świata wchodzą, a przed drugie wychodzą. Złą energię tam czułam! Bałam się tam spać.
A Piotrek? Wręcz odwrotnie, uwielbia te lustra. I zabronił mi je zdemontować. Więc wmówiłam sobie, że jeśli samodzielnie (własnymi rencami) zbuduję łapacze snów i powieszę po jednym na każdym lustrze tooo... zamknę te portale do innego świata! Będziemy bezpieczni.
Śpimy tam już trzecią noc i żyjemy, a moje sny są wyjątkowo fajne. Same przygodówki ;)
Kiedy miała czternaście lat, właśnie tak wyobrażała sobie swoje przyszłe życie.
Zasiadała przy swoim (nadgryzionym zębem czasu) biurku po mamie i wyklejała do zeszytu wycinki z gazet. Przedstawiały one wysokie biurowce, skórzane teczki, nowoczesne komputery, śliskie rajstopy z brokatem, sushi i inne przedmioty będące na wyposażeniu każdej wolnej kobiety (wolnej czyli niezależnej - powtarzała rodzicom Renata).
W szkole, na zajęciach plastycznych, tworzyła z papieru poważne kalendarze z miejscem na codzienne zapiski i rozkładem zebrań rady nadzorczej (ah, brzmiało to tak dorośle!). Po szkole ćwiczyła język francuski (wydawało jej się, że powinna go znać każda bizneswoman).
Potem Renata dorosła. Trafiła na studia prawnicze i pewnego dnia, siedząc na wykładzie z jakiegoś prawa administracyjnego (lub czegoś podobnego) nagle zatęskniła za zwykłym placem zabaw. Za huśtawkami, nadmuchiwanym basenem dla dzieci, zapachem malin z ogródka i smakiem tortowej masy wyjadanej prosto z makutry. Zerwała się więc na nogi (profesor wykładowca spojrzał na nią krzywym okiem znad niezbyt twarzowych, beżowych okularów) i bez słowa wybiegła z uczelni.
Biegła, biegła przez zawiłe korytarze Wydziału Prawa i tuż przy bramie wyjściowej... wpadła na wilka Sebastiana.
Nagle okazało się, że Renata nie chce śliskich rajstop z brokatem ani skórzanej teczki z eko-skóry. Wolałaby rozpoczynać dzień ćwicząc jogę w dresie, spacerując po parku z książką i gotując spaghetti bolognese dla wilka Sebastiana (ale ziemniaków całymi dniami obierać nie będzie, nie ma cudów). Mogłaby pracować w domu, przy komputerze i robić na drutach małe buciki dla wilczków.
Ah, te wilki i zmienność ich upodobań!
---------------------------------
Nie byłam szczególnie oryginalna i zrobiłam sobie dwa łapacze snów (teraz są okropnie modne). Ale miałam ku temu bardzo poważny powód! Piotrek (zwany też Menrzem) i ja zrobiliśmy sobie sypialnię w pokoju, którego do tej pory się bałam. Wiszą tam dwa ogromne, okrągłe i stare lustra - na przeciwko siebie. Tworzą taki straszny klimat. Zawsze wydawało mi się, że są portalami do innego świata. Przez jedno z nich potwory z innego świata wchodzą, a przed drugie wychodzą. Złą energię tam czułam! Bałam się tam spać.
A Piotrek? Wręcz odwrotnie, uwielbia te lustra. I zabronił mi je zdemontować. Więc wmówiłam sobie, że jeśli samodzielnie (własnymi rencami) zbuduję łapacze snów i powieszę po jednym na każdym lustrze tooo... zamknę te portale do innego świata! Będziemy bezpieczni.
Śpimy tam już trzecią noc i żyjemy, a moje sny są wyjątkowo fajne. Same przygodówki ;)
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
łapacz snów,
wilk,
wilki
środa, 25 czerwca 2014
Moda na sen
Laura nie pamięta kiedy ostatni raz popatrzyła na zegarek.
Wcale nie z tego powodu, że go zgubiła lecz dlatego, że perfekcyjnie opanowała poczucie czasu.
Wystarczy, że kątem oka ujrzała cienie drzew padające na ścianę kamienicy na przeciwko. Albo usłyszała gwizd czajnika u sąsiada z dołu. Lub odebrała telefon od Janusza (który zawsze o tej samej porze przypominał sobie o Laurze, dzwonił i pytał czy obejrzą dziś wspólnie film w telewizji).
Co czwartek Laurę budziła śmieciarka wjeżdżająca z łomotem na jej podwórko.
W soboty wstawała wraz z pierwszym warkotem kosiarki sąsiada z (jedynego w okolicy) domku jednorodzinnego.
W pozostałe dni tygodnia budził ją Gryzli - pies z góry, który szczekał z rozpaczy zaraz po tym, jak jego pani wychodziła do pracy (szczekał równe pięć minut, a potem szedł spać).
O porze obiadowej przypominały Laurze zapachy dochodzące ze wszystkich możliwych stron - napływały z klatki schodowej, z uchylonego balkonu, a nawet z kratki wentylacyjnej w łazience (łazienką dopływał do niej także zapach papierosów, które jedna z sąsiadek wypalała w wannie, zawsze przed pójściem spać). Wraz ze wszystkimi mieszkańcami okolicznych kamienic Laura gotowała ziemniaki i tłukła kotlety.
Wieczorny rytm układał się podobnie. Najpierw dzwoniła mama (z pytaniem co słychać i czy Laura zjadła dziś obiad). Potem dzwonił tato (nie pytał o obiad), a w tym samym czasie przychodził Janusz, włączał komputer i wybierał film (niezbyt romantyczny, ale też bez strzelanek). Następnie Laura szła do łazienki, gdzie brała prysznic - wspólnie z sąsiadką (tą palącą papierosy w wannie. Laura już dawno miała zmienić czas swojej kąpieli, ale wciąż o tym zapominała). Po kąpieli obficie smarowała się pachnącym balsamem (żeby pozbyć papierosowego smrodu), wypijała szklankę wody (dla zdrowia) i układała się na kanapie obok Janusza. Oglądali półtoragodzinny film, robili się senni i szli spać dokładnie w momencie, kiedy usłyszeli chrapanie pana Pawła z mieszkania po prawej.
Wcale nie z tego powodu, że go zgubiła lecz dlatego, że perfekcyjnie opanowała poczucie czasu.
Wystarczy, że kątem oka ujrzała cienie drzew padające na ścianę kamienicy na przeciwko. Albo usłyszała gwizd czajnika u sąsiada z dołu. Lub odebrała telefon od Janusza (który zawsze o tej samej porze przypominał sobie o Laurze, dzwonił i pytał czy obejrzą dziś wspólnie film w telewizji).
Co czwartek Laurę budziła śmieciarka wjeżdżająca z łomotem na jej podwórko.
W soboty wstawała wraz z pierwszym warkotem kosiarki sąsiada z (jedynego w okolicy) domku jednorodzinnego.
W pozostałe dni tygodnia budził ją Gryzli - pies z góry, który szczekał z rozpaczy zaraz po tym, jak jego pani wychodziła do pracy (szczekał równe pięć minut, a potem szedł spać).
O porze obiadowej przypominały Laurze zapachy dochodzące ze wszystkich możliwych stron - napływały z klatki schodowej, z uchylonego balkonu, a nawet z kratki wentylacyjnej w łazience (łazienką dopływał do niej także zapach papierosów, które jedna z sąsiadek wypalała w wannie, zawsze przed pójściem spać). Wraz ze wszystkimi mieszkańcami okolicznych kamienic Laura gotowała ziemniaki i tłukła kotlety.
Wieczorny rytm układał się podobnie. Najpierw dzwoniła mama (z pytaniem co słychać i czy Laura zjadła dziś obiad). Potem dzwonił tato (nie pytał o obiad), a w tym samym czasie przychodził Janusz, włączał komputer i wybierał film (niezbyt romantyczny, ale też bez strzelanek). Następnie Laura szła do łazienki, gdzie brała prysznic - wspólnie z sąsiadką (tą palącą papierosy w wannie. Laura już dawno miała zmienić czas swojej kąpieli, ale wciąż o tym zapominała). Po kąpieli obficie smarowała się pachnącym balsamem (żeby pozbyć papierosowego smrodu), wypijała szklankę wody (dla zdrowia) i układała się na kanapie obok Janusza. Oglądali półtoragodzinny film, robili się senni i szli spać dokładnie w momencie, kiedy usłyszeli chrapanie pana Pawła z mieszkania po prawej.
Zegarek przestał być Laurze potrzebny.
Pewnego razu Laura wyjechała na kilka dni za miasto. Zostawiła w domu chrapanie pana Pawła, zapach zupy jarzynowej, odgłos śmieciarki i szczekanie psa Gryzli.
Przyjechała na wieś prawdopodobnie koło południa (godziny nie da się jednoznacznie ustalić), pospacerowała po łące, nawdychała się niezwykle aromatycznego świeżego powietrza i kompletnie straciła poczucie czasu! Poczuła się zmęczona, więc zwinęła się w kłębek na materacu (na werandzie pachnącej piwoniami) i zasnęła. Obudzono ją po trzech dniach! Małe pajączki uwiły pajęczyny we włosach Laury, a myszy polne beztrosko przebiegały przez jej plecy - w drodze z ogrodu do swojej norki. Całe szczęście, że Kuba, kuzyn Laury, wziął się w końcu za koszenie trawy i znajomy warkot kosiarki wybudził ją ze snu. Przespałaby cały tydzień!
------
Chciałabym przespać cały tydzień na ciepłej werandzie pachnącej piwoniami.
środa, 7 maja 2014
Sklep
Dzisiaj do sklepu przyszedł gołąb.
Siedziałam za biurkiem i obserwowałam go jak wędrował po ulicy, ponieważ pewnym krokiem zmierzał w moją stronę. Dotarł aż do drzwi. Przechodząc przez wycieraczkę (z napisem Dzień Dobry) trochę zwolnił. W końcu wkroczył do środka. Wyglądał na bardzo pewnego siebie. Ewidentnie wiedział co robi. Przeszedł przez cały sklep (który nie jest zbyt duży), dotarł do miejsca w którym siedziałam, wypiął kuper i... zrobił to, co gołębie robią najlepiej. A potem zwyczajnie wyszedł, jak gdyby nigdy nic.
Wszystkim powtarzam, że zwierzęta są w moim sklepie mile widziane. Ale ten gołąb trochę przesadził.
Słyszałam, że był później w sklepie obok.
Bardzo prawdopodobne, że ma jakąś tajną misję.
Siedząc całymi dniami w moim sklepie marzeń, spotykam mnóstwo ciekawych klientów (z reguły bardziej kulturalnych niż ten gołąb). Przychodzą sami, z dziećmi, z mamami, babciami, mężami, chłopakami, psami, kotami, a nawet królikami. Czasem widuję też pana, który prowadzi na smyczy dwa kucyki, ale jeszcze nigdy nie wpadł do Absurdaliów.
Rzadko się zdarza, żeby ktoś wszedł do sklepu i zaraz wyszedł obojętnie. Raczej jest tak, że wchodzi jedna osoba (tzw. zwiadowca), rozgląda się i po chwili woła resztę (czekających na zewnątrz), żeby zobaczyli te piękne rzeczy ręcznie wykonane :) Oglądają, wybierają, czasem opowiadają mi różne ciekawostki z życia i zabierają w świat nasze zabawki.
Mnóstwo lisków, króliczków, myszek, laleczek i innych misiów poleciało do Francji, Hiszpanii, Włoch i Ameryki. Niektóre zostają w kraju, jadą do Poznania lub Radomia i jest im z tym dobrze.
A ja sobie siedzę, dzień w dzień w moim sklepie z marzeniami. W dzień powszedni, niedzielę i święta. I obserwuję tych wszystkich ciekawych ludzi. Podglądam i podsłuchuję. A jak wychodzą to bawię się zabawkami!
I szyję!
Na razie uszyłam psa. Było to okropnie trudne z tego względu, że nie lubię szyć. Ale czasem nachodzi mnie taka dziwna potrzeba stworzenia czegoś. I padło na psa. Powstawał jakieś trzy tygodnie! Mamma mia.
Pozdrowienia z Absurdaliów!
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
gołąb,
hand made,
pies
czwartek, 27 marca 2014
Bobra noc
Pewien bóbr Jonasz spod Poznania miał problem z zasypianiem.
Każdej nocy przed snem wydawało mu się, że zostanie porwany. Jak tylko gasło światło, wszędzie widział potwory! Sterta ubrań zaczynała wyglądać jak potwór, zasłona falowała złowieszczo, a pod łóżkiem coś dziwnie sapało. Bóbr Jonasz stękał ze strachu, chował głowę pod koc i wołał do potworów, że dzisiaj nic nie jadł, jest wychudzony i nie opłaca im się go zjadać. Drżącym głosem opowiadał, że jest szalenie nudną postacią i nie warto go porywać - bo śmiertelnie się z nim znudzą.
A potem bóbr Jonasz wyciągał spod koca chudą łapkę, włączał lampkę nocną i truchtem biegł do kuchni po zimną herbatę (bobry nie lubią ciepłej). Czasem miał ochotę sięgnąć po tabletki nasenne, ale nigdy tego nie robił. Sąsiadka jego babci łykała dużo tabletek i bardzo źle skończyła (ciągle bolał ją brzuch). Jonasz wiedział, że lepiej jest wypić delikatną, ziołową herbatkę i przeczytać fragment dobrej książki. Nic nie działa lepiej na potwory niż ten właśnie zestaw!
Najlepszą książką na potwory było opasłe tomisko przygód historyka Marco. Główny bohater tego dzieła był typem myśliciela o zainteresowaniach historyczno-wojennych. Jego wielostronicowe rozmyślania i opisy przyrody sprawiały, że potwory z pokoju bobra uciekały drzwiami i oknami, a sam Jonasz zapadał w długi i smaczny sen (niemałą rolę odgrywała tu również ziołowa herbatka).
A sprzedawca z księgarni żył w przekonaniu, że bóbr Jonasz jest znawcą i miłośnikiem literatury historyczno-wojennej.
sobota, 8 marca 2014
Nutella
Z impetem otworzyła szafkę obok lodówki i omiotła ją wzrokiem pełnym desperacji. Szybkim ruchem przesunęła pudełko kaszy, cukier i rozsypujące się płatki śniadaniowe (były już trochę stare). Okazało się jednak, że w tej szafce nie było tego, czego szukała Laura. Zdenerwowana otworzyła kolejną szafkę (z talerzami), ale i tam niczego ciekawego nie znalazła. Przeszukała więc całą kuchnię demolując ją kompletnie. Przy okazji rozsypała niedbale otwarty worek z kawą, wyciągnęła z szafki wszystkie kubki i zostawiła je na blacie, odkryła w szufladzie zapleśniały chleb i pozbawiła uszka jedną filiżankę (która sama spadła z półki).
Z narastającą złością otworzyła lodówkę - tak silnym ruchem, że aż zabrzęczały wszystkie słoiczki poukładane na półeczkach w jej drzwiach. I... znalazła. Na górnej półce, zaraz przy brzegu, leżał cały słoik nutelli! Nowiuteńki, jeszcze ze złotkiem pod zakrętką.
Laura sięgnęła po łyżeczkę i z impetem wbiła ją w nutellę, przebijając złotko.
Pierwszą porcję zjadła bardzo szybko, aby zabić czekoladowy głód. Dwiema kolejnymi napchała policzki i spokojnie wróciła do łóżka. Resztę nutelli zamierzała zjeść pod ciepłą kołdrą, w towarzystwie babskiej książki.
Każdy normalny człowiek musi czasem zjeść słoik nutelli, prawda?
Z okazji Dnia Kobiet, życzę Wam spokojnego dnia odpoczynku i "niemyślenia". Takiego w łóżku, z nutellą i książką!
A ja... idę do pracy! Oto mój sklepik marzeń:
Dziękuję wszystkim, którzy mnie tam odwiedzili!!! :)
Więcej zdjęć z prawdziwych, żywych i realnych Absurdaliów oczywiście na facebooku... ;)
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
dzień kobiet,
nutella,
sklep
piątek, 21 lutego 2014
marzenia
Dziś bez bajki i bez obrazka. Dziś biznesowo. Absurdaliusz ubrał się we frak i ogłasza, że Wielkie Otwarcie naszego wymarzonego sklepiku nastąpi już 1 marca! :) Zapraszamy Was wszystkich! Sklepik (o pięknej nazwie "Absurdalia") będzie otwarty codziennie od godziny 10 do 19. A latem pewnie dłużej! Gdzie on w ogóle jest? W Krakowie na Grodzkiej 42 - pod arkadami. Wpadajcie jak tylko będziecie w okolicy! Lub przyjedźcie z daleka właśnie do nas. Będziemy szczęśliwi mogąc Was poznać i ugościć! :) U nas wszyscy będą mile widziani - również zwierzęta domowe (które przecież nie lubią zostawać same w domu!).
Cieszymy się strasznie naszym spełniającym się marzeniem :) Dlatego przygotowaliśmy dla Was konkurs! To taki konkurs organizowany po to, aby spełnić czyjeś małe marzenie (albo chociaż sprawić komuś drobną przyjemność). Bo do wygrania będzie bon o wartości 50zł za który można wybrać sobie jakąś ładną rzecz ze sklepu na Grodzkiej! :)
A będzie w czym wybierać!! Gwarantuję! :)
Co zrobić aby wziąć udział w konkursie? Zgłosić się w komentarzu tutaj lub na facebooku (pod TYM linkiem) i spełnić dwa warunki: udostępnić TEN facebookowy link i nas polubić :) Ha!
Losowanie 1 marca! :) A bon będzie można zrealizować u nas w sklepiku w ciągu kolejnych trzech miesięcy (lub dłużej, do wakacji!;)).
Czyje dzieła będą zgromadzone w sklepiku? Oto lista (która ulega ciągłym zmianom, wciąż dochodzą nowi twórcy):
Agea,
Jeje, Betsy,
Tulaj,
Marysza,
Kollale,
Niechajowie,
Mia mi,
Jarecka,
Galeria Miau,
Fandoo,
Terakoty,
For.rest,
Alala,
Magiczne Atelier,
Inki Pinki,
Poziomkarnia,
Kura D.,
Bebeluszek,
a także ciekawostka: instrumenty od Bartosza Roszko!
Hurrra! :)
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
candy,
Grodzka,
konkurs,
sklep
sobota, 15 lutego 2014
Spoko Maroko
Józefina była jedną z tych osób, które lubią chodzić boso po lesie.
Wiadomo, że chodzenie boso po lesie jest czynnością bardzo niebezpieczną (żeby nie powiedzieć: bezmyślną!). Można nadepnąć na sterczącą gałązkę, szyszkę, a nawet spotkać żmiję! Sąsiadka cioci Józefiny, Karolina, spotkała kiedyś żmiję w lesie i bardzo się przestraszyła - mimo, że miała na sobie grube buty górskie!
Jednak Józefina należała do tych osób, które nie tracą czasu na myślenie o takich błahostkach jak skaleczona stopa. Wolała skupić się na wdychaniu zapachu lasu i obserwacji szeleszczących i migoczących na słońcu listków - przeróżnych listków o milionie rozmaitych barw i kształtów. Mało która istota na świecie zwracała taką uwagę na różnorodność liści co ona - Józefina.
Co z tego, że ciocia Agata mówiła jej: Nie chodź boso po lesie bo się to źle skończy!
Józefina wcale jej nie słuchała. A wręcz odwrotnie! Kiedy ciocia Agata skupiała się na wygłaszaniu tyrady o bosych stopach, Józefina wykradała ciasteczka z jej puszeczki ze słodkościami! (Należy dodać, że podczas swoich przemówień, Agata zamykała oczy - bo tak lepiej się jej myślało, więc nie widziała co robiła jej siostrzenica Józefina.)
I właśnie w któryś wtorkowy, letni poranek Józefina wybrała się do lasu. Boso, rzecz jasna. Zabrała ze sobą swój ulubiony liliowy termos w kwiatuszki (pełny herbaty z sokiem malinowym) oraz herbatniki i wyruszyła w drogę. Nie miała daleko. Las znajdował się zaledwie pięćset metrów od domu ciotki Agaty, u której Józefina mieszkała od najmłodszych lat.
To był wyjątkowo słoneczny poranek. W powietrzu czuć było, że za kilka godzin zrobi się prawdziwy upał. Na polanie przed lasem Józefina widziała rodzinę zająców, która chłodziła się w pokrytej resztkami rosy wysokiej trawie. Pomyślała, że dotrze do źródełka znajdującego się trochę głębiej w lesie i również trochę się tam ochłodzi. Tak, to była wspaniała myśl! A może spotka tam leśniczego? Lubiła grać z nim w szachy.
Wędrowała sobie Józefina beztrosko przez las. Wdychała jego pyszny zapach, oglądała listki i nuciła wesołą piosenkę. Czuła się wspaniale - tak wspaniale, że zaczęła nawet delikatnie podskakiwać. Hop! Na kamyk! Hop! Na kępkę trawy! Na mięciutki mech! Na zwiędłe liście!
Skakałaby pewnie jeszcze dłuższy czas, gdyby nagle nie usłyszała rozpaczliwego pisknięcia. Coś zawołało przerażonym, piskliwym głosem tak okropnie, że Józefina natychmiast się zatrzymała. Coś, co wydało ten smutny jęk, musiało być małym i bardzo przestraszony zwierzątkiem!
Rozglądnęła się wkoło i dostrzegła na kamyku, tuż obok swojej lewej stopy, małą czarną żmiję!
Żmija musiała być jeszcze dzieckiem. Sprawiała wrażenie bardzo przestraszonej i chyba nie potrafiła się bronić bo tylko leżała i płakała.
Józefina przestraszyła się nie na żarty! Kucnęła obok żmii i zaczęła ją serdecznie przepraszać. Gdyby skoczyła centymetr dalej, byłoby już po żmii! To była straszna myśl! Tak niewiele brakowało, a pozbyłaby życia małe, bezbronne zwierzątko!
Żmija wyciągnęła z kieszeni chusteczkę higieniczną i otarła łzy. Spojrzała na Józefinę i powiedziała cichutkim głosem: - Nie mów nikomu, że boję się gryźć, dobrze? Bo gdybym umiała to już dawno bym Cię ukąsiła! I nie mów nikomu też tego, że płakałam. Żmija schowała chusteczkę i poszła w dal.
--------------------------------------------
Miałam napisać o Maroko? To była egzotyczno-ekstremalna podróż pełna przedziwnych wydarzeń!
Zaczęło się od tego, że w dniu wylotu w Krakowie była gęsta mgła. Lot opóźnił się o cztery godziny i nie zdążyliśmy na drugi samolot (lecieliśmy z przesiadką Kraków-Paryż, Paryż-Tanger). Spędziliśmy noc na lotnisku (nie ostatnią podczas tej podróży) i wydaliśmy dodatkowe pieniądze na kolejny lot.
To miała być podróż pełna przygód. Nie rezerwowaliśmy żadnych noclegów, jechaliśmy "na żywioł". I dostaliśmy to, czego chcieliśmy ;)
Przejechaliśmy całe Maroko, od północy do południa poznając prawdziwe oblicze tego kraju. W każdym mieście bez problemu znajdowaliśmy nocleg za 12-15 złotych. Warunki higieniczno-sanitarne? Lepiej nie pytajcie! W taką podróż zdecydowanie warto zabrać śpiwór i termofor. Oraz grzałkę do wody.
Przytrafiły nam się przygody z arabami, którzy chcieli nas: 1. Wyprowadzić "w pole" i okraść 2. Oszukać 3. Porwać ;)
Mieliśmy dziwne przejścia na pustyni, gdzie nasz samochód oczywiście zakopał się w piasku (a na dokładkę przyszedł pan z wielbłądem na smyczy i chciał od nas pieniądze).
Utknęliśmy również wysoko w górach, w największą burzę śnieżną jaką widziałam. Siedzieliśmy zamknięci w samochodzie, kompletnie zasypanym (na wysokości dwóch tysięcy metrów!) i już myśleliśmy, że to nasza ostatnia noc w życiu (dostałam zakaz dzwonienia do rodziców, żeby ich nie martwić!).
Przeżyliśmy cztery pory roku w ciągu dwóch tygodni.
Kupiliśmy pięć kilogramów mandarynek za 1,50zł.
Nauczyliśmy się pięknej sztuki negocjacji ;)
Niektórzy z nas zaspali na samolot powrotny do Krakowa ;)
Spełniło się moje marzenie: miałam na ramieniu prawdziwą, żywą małpkę.
Chodziliśmy boso po pustyni - okazało się, że to nie było zbyt mądre bo tam są skorpiony i węże!
Podsumowanie: POLECAMY! :D
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
jestem dorosła,
Maroko,
wąż,
zajączek
wtorek, 4 lutego 2014
Tort
Daria miała dziwne uczucie.
Chciała czegoś, ale jednocześnie nie chciała niczego (czego chciała lub nie chciała? - nie wiedziała!). Siedziała na kanapie (wykonanej ze sztucznej skóry) i od godziny rozmyślała co zrobić z tym dziwnym stanem. Aż swędziało ją całe ciało ze złości!
Może poszłaby na spacer do parku (zabrałaby ze sobą jamnika Rufusa)? Niee... To nie to.
Albo mogłaby wziąć gorącą kąpiel z dodatkiem soli Kingi! Hm... Nieee... Już lepiej byłoby wskoczyć do basenu i popływać.
A może zje obiad? E tam... Jej żołądek pamięta jeszcze obfite śniadanie (rogaliki francuskie z serkiem wiejskim i miodem).
Czytanie? Odpada. Nie ma fajnej książki.
Rysowanie? Ostatnio rysowała jak chodziła jeszcze do przedszkola, więc to chyba jakiś żart.
W takim razie może zrobi pranie? Nie. Filtr jest przecież zapchany, a czyszczenie go byłoby zbyt męczące.
Ewentualnie mogłaby zadzwonić do Karoliny i zaprosić ją na herbatę, ale Karolina wyjechała przecież z chłopakiem do jego babci (babcia Czesia - mieszka w chatce w górach i ma jedną krowę mleczną).
Więc siedziała biedna Daria na swojej kanapie i trzymała się za głowę (ze złości). Była już na skraju załamania nerwowego - bo ileż można zastanawiać się nad tym czego się chce, a czego się nie chce?
Spojrzała na zegarek (za pięć czternasta) i opadła zrezygnowana na stertę poduch leżących w nieładzie tuż obok niej.
Tymczasem, wśród poduszek zawieruszył się mały, gruby stworek ze śmieszną trąbą. Absurdaliusz! Wgramolił się Darii na twarz (bezczelny! - pomyślała), spojrzał prosto w jej zielone oczy i zarumienił się.
- Zjadłbym tort! - powiedział i westchnął głęboko.
Daria zamarła.
Tort? Zjadłaby tort. Z największą przyjemnością. Czyżby to była jedyna rzecz na którą Daria miała ochotę?
Daria i Absurdaliusz usiedli przy kuchennym stole i w promieniach zachodzącego słońca zjedli pyszny tort wiśniowy.
Czasem tak właśnie w życiu bywa.
------
Wróciliśmy z wakacji - Monsz, Absurdaliusz i ja. Relacja wkrótce :)
A tymczasem chciałabym Was serdecznie poprosić o głosy w konkursie na Blog Roku! Do końca głosowania zostało tylko półtora dnia (do czwartku w południe), ale ja wciąż wierzę, że uda nam się przejść do drugiego etapu.
Sms o treści J00013 trzeba wysłać na numer 7122 (koszt 1,23). Dochód z smsów jest przeznaczony dla fundacji Gajusz.
Jeśli macie ochotę zagłosować na Absurdaliusza to będzie nam szalenie miło!!! :)
Szczegóły: TUTAJ
Jeszcze jedno ogłoszenie.
Klubo Księgarnia zaprosiła mnie do poprowadzenia warsztatów z tworzenia książeczek! Zajęcia już w tę sobotę o godzinie 15, ulica Berka Joselewicza. Zapraszamy do zapisywania się! Szczegóły TUTAJ. Warsztaty są dla dzieci, oczywiście:)
Pozdrawiamy!
piątek, 17 stycznia 2014
Liski
Lis Paweł nie wiedział co robić tej słonecznej niedzieli.
Kiedy pada deszcz to wszystko jest jasne! Można pograć w grę planszową, policzyć krople deszczu na szybie, albo uszczelnić okna przed zimą. Oczywiste jest, że wtedy nie wychodzi się z domu (mokre futerko bardzo ziębi liski, a poza tym nieprzyjemnie pachnie).
Co robić w słoneczny dzień? Jazda na rolkach jest niebezpieczna bo można potłuc sobie kolana. Bieganie powoduje nieprzyjemną zadyszkę. Lisek Paweł mógłby ewentualnie pograć w podchody, ale nie ma aż tylu kolegów. Rower też byłby do zniesienia (w ostateczności!), gdyby miał napompowane koła.
Siedział więc lis Paweł na ławce przed domem i wzdychał z nudów. Międlił w łapce kawałek nitki wystającej z jego sweterka (aż spruł jego spory kawałek). Coraz bardziej dobijała go monotonia lisiego życia.
Wreszcie (po godzinie) do lisa Pawła przyszła gęś. Była to gęś z sąsiedztwa, znana ze swoich skłonności do stołowania się u obcych. Nie przepadała za gotowaniem. "Jaki to sens siedzieć w kuchni, skoro można zjeść obiad u sąsiada" - myślała i wychodziła z domu. Tego dnia (był to wtorek) wpadła do lisa (bo wyglądał na takiego znudzonego!).
Gęś usiadła na ławce i chrząknęła znacząco. Wystawiła twarz do słońca i wesoło pomachała nogami (odzianymi w całkiem ładne lakierki). "Ależ jestem głodna!" - powiedziała zalotnie. "Zjadłabym knedli ze śliwkami. Z masełkiem i łyżeczką kakao w proszku. Do tego wypiłabym sok z marchewki i jabłka. Niezbyt schłodzony, ale też nie ciepły"
Lis spojrzał leniwie na gęś. Westchnął głęboko i niespiesznie wstał z ławki. Tak się akurat składało, że miał w zamrażarce trochę knedli śliwkowych, które zrobił w zeszłym tygodniu.
--------
Rysunek liska i gąski zrobiłam na zlecenie Kasi, która napisała zestaw historyjek z tymi zwierzątkami w rolach głównych. Prawdopodobnie będzie z tego coś więcej.
Obrazek zamieszczam za jej zgodą :) Pozwoliłam sobie stworzyć do niego swoją historyjkę, tak na szybko.
Wszystko ostatnio robię "na szybko". Tyle spraw! Tyle załatwiania! Rysowania! Pakowania! Mailowania! Wymyślania!
Tak się (zupełnie przypadkiem!) złożyło, że Monsz i ja otwieramy sklepik na Grodzkiej w Krakowie! Nie mogę spać, nie mogę jeść!
Czy zwróciliście kiedyś uwagę na to, co w Krakowie kupują turyści? Głównie chińszczyznę! Plastikowe ciupagi, chińskie koszulki z napisem "I love Kraków", niezbyt urodziwe gliniane smoki...
Bunt!
Spinamy szyki i wychodzimy na przeciw z silną gwardią POLSKICH, NAJPIĘKNIEJSZYCH, produktów RĘCZNIE robionych. Wiele dni i nocy spędziłam na przeczesywaniu internetów poszukując twórców rzeczy oryginalnych, starannie wykonanych i niepowtarzalnych.
Niech przybysze z obcych krajów zobaczą na co nas stać!
Won z chińszczyzną! :)
Nie mam zgody od osób, które już teraz zgodziły się z nami współpracować. Jednak pozwolę sobie pochwalić się Wam ich dziełami. Bo JEST się czym chwalić!
Lista jest niepełna, z niektórymi osobami wciąż negocjujemy ;)
Agea,
Jeje,
Betsy,
Tulaj,
Marysza,
Kollale,
Niechajowie,
Mia mi,
Jarecka,
Galeria Miau,
Fandoo,
Terakoty,
For.rest,
Alala,
Magiczne Atelier,
Inki Pinki,
Poziomkarnia,
Kura D.,
a na deser Bebeluszek!
Nie sposób zaglądnąć we wszystkie kąty internetu dlatego serdecznie proszę - jeśli znacie kogoś, kto tworzy coś wyjątkowego (może to Wy we własnych osobach!) - piszcie! Jest jeszcze mnóstwo osób, do których nie zdążyłam zaglądnąć. Przepraszam Was i tłumaczę się od razu, że bardzo brakuje mi czasu :(
Na wszystkie ewentualne maile odpowiem po 3 lutego bo jutro jedziemy z Menrzem w podróż! Musimy wydać ostatnią moją wypłatę (tę z rzuconej w Sylwestra pracy). Jak zaczynać nowe życie to całkiem od zera! ;) Hm, gdybyśmy wcześniej wiedzieli o sklepiku, raczej nie kupilibyśmy biletów w podróż. Ale nie wiedzieliśmy, więc czeka nas ciekawa przygoda!
Pozdrawiam!!!
czwartek, 2 stycznia 2014
Nowy rok
31 grudnia, dwie godziny przed północą, zakończyło się moje dawne życie. Punktualnie o dwudziestej drugiej zatrzasnęłam laptop i dołączyłam do grupy ludzi wolnych i szczęśliwych (którzy grali właśnie w jengę i strasznie hałasowali).
Dreszcz emocji przeszedł mi po plecach, kiedy pomyślałam sobie jaki to szalenie symboliczny moment - rzucić pracę (dawnych) marzeń dwie godziny przed nowym rokiem!
Potem była środa - dzień odpoczynku. A potem czwartek - pierwszy dzień mojego nowego życia!
W pierwszy dzień nowego życia zrobiłam strasznie dużo ważnych rzeczy.
Na śniadanie spożyłam płatki z mlekiem - podrabiane "cookies", które Monsz zakupił w Tesco. Były dobre, jednakże przygotowałam ich sobie zbyt dużo i część musiałam wylać do zlewu (Monsz nie może o tym wiedzieć bo bardzo się złości, kiedy tak robię).
Następnie udałam się (za pomocą pojazdu mechanicznego zwanego Złotą Strzałą) do mojego dawnego Instytutu Nauk Szalenie Ważnych, aby odebrać dyplom magisterski. Czekał tam na mnie już od dwóch lat, bardzo dzielnie i cierpliwie (nowy rok to idealny czas na załatwianie zaległych spraw).
Po powrocie (który to powrót odbył się w bardzo przyjemnej, słonecznej aurze), przystąpiłam do przygotowania obiadu eksperymentalnego ("Pierwszego w tym roku!" - zaznaczył Monsz). Znalazłam w szafce gotowe naleśniki-tortille, a w lodówce resztki: kilka ziemniaków, cebulę, kawałek piersi z kurczaka, jogurt typu greckiego oraz stary ser. Połączyłam składniki i wyszło danie nazwane dumnie "Polska Bieda". Nie był to najlepszy obiad w moim życiu. Brzydko pachniał (tym serem) i smakował ziemniakami z cebulą, ale to przecież dopiero pierwszy dzień nowego życia, więc będzie tylko lepiej!
Po obiedzie mój brzuch był głodny (część "Polskiej Biedy" musiałam wyrzucić - przez ten ser). Zjadłam więc cukierka czekoladowego i zabrałam się do sporządzania pierwszych notatek w kalendarzu (kalendarz dostałam od taty na Mikołaja). Notatki są okropnie ważną częścią nowego życia. Wprowadzają harmonię i ład oraz dyscyplinę. Kiedy się porzuca wielką firmę i rozpoczyna samodzielną pracę, łatwo można się zatracić i pomylić dzień z nocą. Trzeba pamiętać o notatkach!
Ostatnią ważną czynnością tego dnia był telefon do Urzędu. Nie wniósł on jednak nic do mojego nowego życia, gdyż czwartek okazał się być dniem wewnętrznym i panie urzędniczki miały wolne.
Wieczorem (czyli już zaraz bo nagle zrobiło się ciemno) planuję zaproponować Menrzowi wyjście do kina. Chciałabym odpowiednio uczcić pierwszy dzień nowego życia, a akurat tuż za rogiem mamy śmieszne, małe kino z tanimi biletami (warto zacząć oszczędzać!).
Podsumowanie pierwszego dnia nowego życia: Muszę przestać wyrzucać jedzenie.
Życzę Wam wszystkim dużo radości, wspaniałych przygód i odwagi w nowym roku! :)
A tu jeszcze kilka zdjęć z ostatniego spaceru z psami w 2013. Było bardzo ciepło i mgliście!
Na zdjęciach występują psy: Laura i Ferdek, Monsz i ja
wtorek, 24 grudnia 2013
Renifery
Absurdaliusz chwycił mnie za rękę i szepnął na ucho: - Tylko nie życz im smacznych barszczyków, wesołych karpików czy uśmiechniętych choinek... Życz im tego czego my sobie życzymy - bo to najfajniejsze co tylko może być!
Posłuchałam Absurdaliusza (on ma zawsze rację). Zatem życzymy Wam wszystkim Spełnienia Marzeń! W te święta magiczne oraz w całym nowym roku.
Bez patetycznych i wzniosłych słów (bo my takich słów nie potrafimy mówić) pozdrawiają:
Marysia i Absurdaliusz
czwartek, 19 grudnia 2013
W krainie snu
Pościele Absurdalne są bardzo miłe w dotyku, wykonane z delikatnej bawełny czułej dla skóry dziecka. Pokryte autorskim i całkowicie unikatowym wzorem w Absurdaliusze - trwałym na pranie, prasowanie i inne zabiegi higieniczne :) Mają wymiary pasujące do łóżeczka dziecięcego - tego małego i tego już troszkę większego (ale jeszcze nie całkiem dorosłego).
Nie zapina się ich na nudne guziki lecz zawiązuje na kokardki, które całkiem sprawnie spełniają trzy funkcje: praktyczną, ozdobną oraz inspirującą - dzieci lubią metki, wstążki i inne dziwne zabawki!
Absurdalne pościele występują w trzech wersjach kolorystycznych - białej, różowej oraz niebieskiej.
Wszystkie te cechy są oczywiście bardzo fajne, korzystne i wartościowe, ale dopiero TA jedna cecha wyróżnia Absurdalne pościele z tłumu wszystkich innych pościeli świata! O jaką cechę chodzi? Posłuchajcie tej historii...
Pewna Łucja bardzo nie lubiła nocy. Przede wszystkim dlatego, że nocą budził się Artur - wielki i włochaty pająk, którego hodował jej brat. Łucja bardzo nie lubiła Artura oraz tych momentów, kiedy biegał nocą po swoim terrarium. Owszem, pająk wraz z bratem Łucji mieszkali w osobnym pokoju, ale co by było gdyby Artur wydostał się ze swojego domku i przyszedł do niej w nocy? Łucja aż bała się o tym myśleć!
Poza tym Łucja nie lubiła nocy bo wtedy jest ciemno, wszyscy idą spać (zbyt wcześnie), nie widać jej kolorowych zasłonek ani misiów i lalek... Nocą wszystko jest straszniejsze, nawet kupka ubrań rzuconych niedbale na podłogę wygląda jak niebezpieczny stwór!
Jednej z takich ciemnych i strasznych nocy, kiedy w pokoju obok grasował pająk Artur, a zasłonki złowrogo falowały przy uchylonym oknie, Łucja zapadła w dziwnie mocny sen. Przyśnił się jej wesoły stworek - cały szary, z trąbką i maleńkimi uszkami. Był gruby i bardzo radosny - chichotał przez cały czas, aż na jego policzkach pojawiły się rumieńce! Przyczłapał do Łucji (miał pulchne, krótkie i dość niezdarne łapy) i przedstawił się jej imieniem Absurdaliusz. Powiedział, że od tej pory będzie jej... senną wróżką (co bardzo rozbawiło Łucję bo wróżki nie przypominał ani trochę!). Zapewnił, że będzie jej towarzyszył i odgoni każdy senny koszmar - bo takie jest zadanie sennej wróżki.
Od tamtej pory Absurdaliusz odwiedzał Łucję w jej snach. Kiedy tylko spostrzegł, że w sennym świecie Łucji zaczyna pojawiać się coś smutnego, przykrego lub, nie daj Boże - strasznego, natychmiast przybiegał z pomocą. Wspólnie z Łucją szli wtedy do sklepu ze słodyczami, gdzie kupowali sobie największe i najbardziej kolorowe lizaki. Albo wędrowali na wycieczkę w góry obrośnięte polnymi kwiatami. Czasem unosili się w powietrzu i oglądali świat z lotu ptaka - bo we śnie wszystko jest przecież możliwe.
Łucja bardzo lubiła Absurdaliusza. Była mu wdzięczna za wszystkie chwile beztroskiej radości, które spędzili razem w tych wszystkich snach. Dlatego, kiedy stała się dorosłą kobietą, postanowiła podzielić się swoją Absurdalną senną wróżką z innymi dziećmi, które boją się nocy. I w ten sposób powstały pościele Dobrych Snów w wesołe, kochane Absurdaliusze! :)
A na koniec jeszcze kilka zdjęć z kiermaszu 'Kraków ŁAŁ'! Monsz zrobił sporo zdjęć, ale nie miał jeszcze czasu, żeby mi je skopiować. Dlatego fotorelacja taka krótka.
Na targach byliśmy z obrazkami, pościelami i torbami. Mieliśmy też wieeeelką kolorowankę dla dzieci, która cieszyła się dużym zainteresowaniem :)
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
kołdry,
ŁAŁ,
poduszki,
pościel,
targi
poniedziałek, 25 listopada 2013
Gwiazdka
Roma tak kocha Święta, że już w listopadzie wyjmuje z szafy brokatowe gwiazdki i wiesza je na swej szyi niczym amulet szczęścia. Cichutko pod nosem nuci (dość fałszywie) kolędy i ogląda wszystkie świąteczne komedie romantyczne.
Roma uważa, że okres świąteczny wspaniały moment na spacery po mieście (oświetlonym tysiącem migoczących kolorowo światełek) i spotkania ze znajomymi na grzane... napoje. W czasie Świąt szare ulice wydają się być bardziej przytulne niż zwykle. A znajomi, z jakiegoś powodu, są bardziej uśmiechnięci i rumiani (być może przez te grzane napoje, być może przez czas wolny od pracy lub przez spotkania z bardziej niż zwykle "wyszminkowanymi" ciotkami).
Nawet lepienie pierogów - zajęcie, które w "zwykły" dzień jest nudne i głupie, w czasie świąt sprawia Romie mnóstwo radości! I w domu wszyscy są obecni! Mama biega za babcią z brytfanką pełną pieczonego indyka, dziadek krzyczy na tatę, że choinka stoi krzywo, pies gryzie brata Romka za nogawkę (ściągając mu spodnie), sąsiadka przychodzi po bułkę tartą (przy okazji zerka w każdy kąt sprawdzając stan czystości), do drzwi pukają rozchichotani kolędnicy, a w telewizji leci "Kevin sam w domu" (nikt go nie ogląda, ale tradycja to tradycja!).
A potem wszyscy wspólnie ubierają wielką choinkę i jest strasznie fajnie i wesoło i wszyscy są zadowoleni!
W Wigilię u Romy jest zawsze karpik, barszczyk z uszkami, pierożki i kutia. Jest też sianko pod obrusem i... za mało opłatka (mama myślała, że opłatek kupiła babcia, babcia myślała, że tato, tato, że Roma, Roma, że Romek, Romek, że dziadek, dziadek, że... pies?). Wszyscy pachną najlepszymi perfumami, a w portfelach mają świeże łuski karpia. A jak już wszystko zjedzą to leżą na kanapie i uparcie twierdzą, że wybierają się na Pasterkę.
Mija godzina.
Potem druga.
Zasypia babcia. Zasypia dziadek.
Zasypia mama i Roma.
Zasypia Romek i pies.
Tato wyłącza lampki choinkowe, chowa ciasto do lodówki i idzie spać.
Roma myśli sobie, że święta są bardzo ważne i potrzebne. Z całym majdanem pierogów, zapachów, choinek, brokatów i wyszminkowanych cioć! Każdy człowiek powinien mieć prawo do szczęśliwych świąt! Nie ważne czy wierzy czy nie wierzy i w co wierzy (lub nie)!
Dlatego trzeba pomóc tym, którym w święta jest trudniej i mniej wesoło!
Kaczka wraz z Bebe organizują Robótkę! Już po raz czwarty sprawiają, że święta dla mieszkańców Domu Pomocy Społecznej dla Dzieci w Niegowie są bardziej wesołe! :) Napiszmy do nich - do dzieciaków! Wyślijmy im trochę naszych radosnych świąt! Żeby święta każdego z nas były tak samo optymistycznym czasem! Koniecznie zaglądnijcie do Bebe i do Kaczki po szczegóły! :)
![]() |
| autorstwa Bebe |
A na koniec jeszcze takie dwie torby. Torby testowe. Chciałabym zapytać Was o zdanie - co o nich sądzicie? Torby będą dostępne dla ewentualnych zainteresowanych w grudniu :)
wtorek, 19 listopada 2013
Rodzina!
Zamknijcie oczy i spróbujcie wyobrazić sobie minę kogoś, komu spełniło się właśnie największe marzenie życia (takie niespełnialne!).
Już?
Taką właśnie minę miał Absurdaliusz kiedy pokazałam mu jego rodzinę! Przeogromne ilości bawełny w... malutkie Absurdaliusze!!! Biedak, z radości skakał, płakał, chichotał, tańczył, kładł się i wstawał. Chciał przywitać się z każdym Absurdaliuszem z osobna! Kłaniał im się w pas zdejmując z głowy wyimaginowany melonik. Próbował nadać im wszystkim oryginalne imiona, ale to było przecież niemożliwe, tyle ich tam jest!
Od tamtej chwili Absurdaliusz nie wychodzi z domu. Nie je i nie pije! Siedzi na zwoju materiału i gawędzi wesoło ze swoją rodziną (o której zawsze marzył). Nic więcej nie potrzeba mu do szczęścia!
Oczywiście, wszystkie Absurdaliusze które teraz mamy w domu (Monsz i ja) są gotowe na wielką przygodę życia! Gawędzą ze sobą serdecznie, ale tak naprawdę czekają na wielki dzień! Każdy z nich (gromadnie lub pojedynczo) wyruszy w daleki świat by zwiedzać, tańczyć i bawić się z dziećmi! Do tego zostały stworzone! Dlatego niecierpliwie przebierają nogami i co chwilę pytają mnie - kiedy to nastąpi??? A ja odpowiadam im dzielnie, że przed samymi świętami! To najlepszy moment na rozpoczęcie wielkiej podróży życia!
Mam już oczywiście pewne plany dotyczące tej tkaniny. Ale chciałabym zapytać Was o zdanie - co powinnam z niej uczyć? Co byłoby najfajniejszą na świecie rzeczą w Absurdaliusze? Będę Wam straszliwie wdzięczna za podpowiedzi!! :)
A magiczny dzień X, na który wyznaczyłam sobie ukończenie pierwszych Absurdalnych Absurdaliów, wypada 14 grudnia. Wtedy odbywać się będą targi Kraków ŁAŁ. Będę na nich wraz z Absurdaliuszami!
niedziela, 10 listopada 2013
Absurdaliusze!
Kryształowa łza wzruszenia drży w oku Absurdaliusza, a potem spływa po policzku i wsiąka w atłasowy szal okalający jego smukłą szyję. Na biurku piętrzą się stosy autografów czekających na omdlałe z miłości fanki. W powietrzu unosi się woń sławy. Zegar z kukułką, do tej pory zakurzony i zapomniany, głośno odlicza minuty do wybuchu prawdziwej euforii (by nie powiedzieć: histerii!!). Już wkrótce policzki Absurdaliusza zapłoną różanym rumieńcem rozkoszy, a jego długie rzęsy staną się obiektem pożądania wszystkich kobiet. Każda Helga, Koncita, Esmeralda i Genowefa marzyć będzie, aby TE oczy wpatrzone były właśnie w nią!
Ku radości Absurdaliusza postanowiliśmy (Monsz i ja) zamieścić tu krótki filmik o szalenie tajemniczej fabule, która niewiele Wam powie. Tajemnica i oczekiwanie wzbudzają w człowieku dreszcz emocji, który jest niezbędnym elementem sukcesu!
Co to będzie?
sobota, 26 października 2013
Portrety rodzinne
![]() |
| rodzinka z bloga Życie Be |
Nigdy nie chciałam być strażakiem. Ani policjantką, lekarką, ogrodnikiem, architektem, wyprowadzaczką psów... Nigdy nie chciałam być nawet królewną (i tak nie mogłabym nią zostać, ponieważ kiedyś przespałam całą noc na nożyczkach i tego nie poczułam. Królewnom szkodzi nawet ziarnko grochu). Cała ta sytuacja jest dość zastanawiająca, jak teraz o niej myślę. Przecież każdy człowiek będąc dzieckiem chce zostać kimś w przyszłości.
Jedyną rzeczą którą kojarzę, że zawsze chciałam to... nigdy nie być dorosłą. Prawdopodobnie dlatego nie jestem lekarką, weterynarzem, prawnikiem ani innym poważnym obywatelem. Kim więc mogę być skoro nie jestem już dzieckiem (według dowodu osobistego i urzędników)?
Przez okres liceum i studiów miotało mną szaleńczo. Co miesiąc znajdowałam sobie inne "zajęcie życia". Pracowałam w sklepie indyjskim, malowałam anioły z masy solnej, sprzedawałam ubranka małych kibiców (nie cierpię piłki nożnej), byłam recepcjonistką w hotelu w Grecji, robiłam wywiady dla studenckiego radia, pisałam artykuły sportowe i dziecięce, pracowałam w aptece, prowadziłam magazyn o sztuce niszowej, byłam baristką w kawiarni, opiekowałam się dziećmi...
W międzyczasie chciałam założyć księgarnię, kawiarnię, kawiarnię z księgarnią, schronisko dla psów, podróżować po świecie, pisać książki, założyć wydawnictwo, być operatorem kamery, założyć agencję niań, prowadzić magazyn z bajkami, organizować śluby, być fotografem, mieć hodowlę szczurów oraz wiele, wiele więcej.
Potem (czyli w zeszłym roku) zrozumiałam, że czas wreszcie znaleźć poważne zajęcie. Dość szybko wymyśliłam sobie kolejną "pracę marzeń", którą szczęśliwie dostałam (po wysłaniu około miliona CV). Dzięki tej "pracy marzeń" uwierzyłam (nie po raz pierwszy), że jak się czegoś bardzo chce to marzenie spełni się prędzej czy później (chociaż możliwe, że miałam po prostu sporo szczęścia).
A jednak... Siedząc nad miską makaronu ze szpinakiem (dziwne, ale do zeszłego miesiąca nie lubiłam szpinaku), myślę sobie, że... to wszystko to jednak nie było TO.
Od kiedy dostałam w prezencie tablet do rysowania od brata mojego (Mateusza), najwięcej przyjemności sprawia mi rysowanie i pisanie dziwnych bajek (a zaraz potem podróże!). Chociaż kreski moje są koślawe i dość komiczne, siadam, wymyślam i rysuję nie bacząc na przeciwności losu (brak warsztatu, bloków rysunkowych i czasu).
A najfajniejsze jest chyba to, że piszecie do mnie i prosicie o portrety rodzinne, ciążowe, obrazki kotów, psów, aniołków, samochodów, motorów, Świętych Mikołajów ;) A ja mogę Wam to wszystko narysować (mimo, że kreski moje są koślawe i dość komiczne)!
To jest fajne! Mimo, że niestety nie może być pracą mojego życia ;)
Na górze są dwa portrety rodzinne, które ostatnio rysowałam. Na drugim znajduje się rodzinka z bloga życie be. Części z tych portretów nie zamieszczam na blogu, są to przecież osobiste i bardzo prywatne portrety i nie każdy życzy sobie, aby upubliczniać jego podobiznę ;) Kilka możecie znaleźć na blogach:
Kaszka z Mlekiem (ostatni rysunek)
BetsyPetsy (w logo)
oraz INNE
Pozdrawiamy,
Absurdaliusz i ja
Subskrybuj:
Posty (Atom)














































