poniedziałek, 1 lipca 2013

Wakacje!


Pewnego dnia (czyli w ostatni piątek) wybierałam się na wyjazd szkoleniowy fundacji Zdrowe Ząbki (fantastyczny twór mojej koleżanki!). Myśli moje puszczone samopas błądziły wśród ciepłych krajów, dzikich plaż i palm bananowych, a mięśnie ramion walczyły z absurdalnie ciężką torebką damską. Szłam właśnie chłodnym i ciemnym korytarzem, kiedy zaczepił mnie znajomy listonosz i wręczył mi niewielki pakunek. Nie uwierzycie, ale wyskoczył z niego (z pakunku) najprawdziwszy Absurdaliusz!!!
Okazało się, że zwiedzał Warszawę, która jest straszliwie duża i zatłoczona i zwyczajnie się tam pogubił! Przypadkiem znalazła go niesamowita Amaranta z Deszczowego Domu. Szybko zapakowała go w paczkę i wysłała do Krakowa :)
Spojrzeliśmy na siebie (Absurdaliusz i ja) i zaróżowiły nam się policzki. Był idealny! Był spełnieniem moich marzeń! Dokładnie TA trąbka, TEN uśmiech, TE łapki!
Zabrałam więc Absurdaliusza na wyjazd szkoleniowy do prawdziwej polskiej wsi (z kurami, spasionym kogutem i kicającym królikiem).
Oto dowód (kogutów nie ma bo uciekły):



W związku z zaistniałą sytuacją pogodową, najlepsze wakacje mają psy moje ulubione - Laura i Ferdek. Czasem, w wolnej chwili (chwil takich jest skandalicznie mało), wsiadają do samochodu i każą się zawieźć nad wodę - do Kryspinowa. Ani trochę nie przeszkadza im deszcz ani zawierucha! Biegają jak szalone, pluskają łapskami i pyskami, wyrywają drzewa z korzeniami za pomocą paszcz, kopią doły (a potem je zakopują), sypią piachem na prawo i lewo, zębiskami łapią nas za kostki u nóg zmuszając do zabawy, gonią, płoszą ryby i bażanty, brudzą się, łapią kleszcze i są najszczęśliwsze na świecie. 

fot. Monsz
Mam tak samo jak Laura i Ferdek. W latach swoich szczenięcych troskliwie uczona przez mamę i tatę, że wakacje są wtedy, kiedy jest upał i ciepłe morze, stałam się nieco zepsutą wielbicielką śródziemnomorskich klimatów.
Wakacje są wtedy, kiedy kostium kąpielowy jest jedyną potrzebną częścią garderoby, a piasek na plaży parzy w bose stopy.

Dzięki Ci Wielki Twórco Tanich Linii Lotniczych!

Witajcie wakacje!!! (Absurdaliusz jedzie z nami).

środa, 19 czerwca 2013

Domek


Zosia zawsze chciała ześlizgnąć się po pnączu. Efektownie, jak w amerykańskim filmie, albo w... Muminkach (bo przecież też są bardzo fajne!).
Rzecz to była niezwykle trudna, gdyż wymagała bardzo wielu elementów składowych: okna na poddaszu, romantycznego nastroju (koniecznie ze wschodem lub zachodem słońca), towarzysza wyprawy (czekającego pod oknem) oraz oczywiście pnącza obrastającego wysoki, piękny dom oraz okno jej pokoju.

Niestety, Zosia nie posiadała okna na poddaszu, towarzysza wyprawy ani pnącza. Miała za to rodziców z pasją do częstych zmian miejsca zamieszkania. W ciągu kilkunastu lat swojego życia mieszkała w dwudziestu dwóch (lub dwudziestu trzech?) miejscach. Z pamięci wyliczała nazwy ulic, które w różnych momentach życia były jej bliskie: Brzoskwiniowa, Krakowska, Franciszkańska, Poniedziałkowy Dół, Grottgera... Pech chciał, że żaden z tamtych domów nie obrastało pnącze.


Lata mijały, a Zosia stawała się coraz doroślejsza. Skończyła szkołę, rozpoczęła studia i zamieszkała w akademiku. Codziennie wieczorem wybierała się na poszukiwania do starej dzielnicy willowej. Każdy dom który tam widziała był piękniejszy od poprzedniego! W ogromnych, na wpół dzikich ogrodach stały wille z ogromnymi, jasnymi oknami i dachami pokrytymi czerwoną dachówką. Zosia szukała wśród nich domu swoich marzeń. Oczywiście, pewnego dnia udało jej się go znaleźć. Był piękny, opuszczony, obrośnięty należytym pnączem...

Zosia dostała się do wnętrza budynku (przez okno), wbiegła na poddasze i zaczęła ześlizgiwać się po grubym, starym pnączu. Okrągły księżyc oświetlał jej drogę. Szczęście w nieszczęściu, ręce dziewczyny nie były przyzwyczajone do takiego wysiłku i szybko odmówiły współpracy. Zosia oderwała się od ściany budynku i wpadła wprost w ramiona przechodzącego tamtędy (zupełnie przypadkiem!) sympatycznego studenta botaniki.
Student miał na imię Jonasz i był w trakcie poszukiwania kwiatu paproci. Wyczytał gdzieś, że rośliny te bardzo lubią cieniste miejsca i towarzystwo dzikich pnączy, które pomagają kwiatu ukryć się przed światem.

Tego wieczoru Zosia spełniła swoje marzenie, a Jonasz znalazł swój kwiat paproci. Zamieszkali w starej willi obrośniętej pnączem :)

Ament.


środa, 29 maja 2013

Spanie


Wszystkie królewny jakie znam śpią do dwunastej. Jest to warunek konieczny do bycia królewną. Bo czy wstając wcześnie rano można być radosną, zarumienioną i beztroską? Wtedy, kiedy przerwano najpiękniejsze sny?! (Bo najpiękniej śni się po godzinie dziewiątej rano, wiem to z własnego doświadczenia).

Wstając wcześnie rano nie trudno jest wejść we framugę drzwi lub, co gorsze, potknąć się o własną nogę (tak, to możliwe). Królewna nie może mieć siniaków ani strupów! Fuj!

Poza tym wstawanie rano często wiąże się z pośpiechem. Bo trzeba zjeść śniadanie (płatki z mlekiem?), ubrać się w miarę ładnie (rozciągnięty sweter!?), umyć zęby i ogarnąć skołtunione włosy, a to wszystko w siedem minut! Tylko tyle czasu ma królewna na dotarcie z łóżka do autobusu jadącego w stronę pracy? Pośpiech jest wrogiem królewny!

Królewna musi mieć czas na przeciągłe ziewanie. Po przebudzeniu powinna beztrosko wylegiwać się w łóżku przez dziesięć lub piętnaście minut. Jest to czas na przyswojenie podstawowych informacji porannych czyli: jaki mamy dzień tygodnia, co nas dzisiaj dobrego czeka, jaki tort zjemy na podwieczorek itp. Potem królewna może (niespiesznie) udać się do łazienki by obmyć zaspane lico.

Niezwykle istotną cechą królewny jest jej beztroski uśmiech. Królewna musi spać do dwunastej, aby budzić się wypoczęta i w radosnym nastroju. Bo inaczej jak mogłaby zachwycać się świergotem ptaków?

Niestety, nie mam zbyt wiele z królewny. Zdecydowanie zbyt często muszę wstawać o szóstej rano. Poza tym kiedyś spałam (całą noc!!) na wielkich nożyczkach i wcale tego nie zauważyłam (a wiadomo jak mają królewny - ziarnka grochu itp.). Za to bardzo lubię królewnowe spódniczki!
Jak byłam mała miałam bardzo ładną sukienkę - kremową w brązowe kwiatuszki, z drobnymi falbankami. Nie chodziłam w niej prawie wcale bo była zbyt ładna i żal było ją "zużywać". Historia sukienki skończyła się tak, że bardzo szybko z niej wyrosłam. To był smutne. Teraz sobie nie żałuję i chodzę w królewnowych spódniczkach.

I tego też życzę mojej mamie i wszystkim innym mamom z okazji Dnia Mamy (który minął już dawno temu). Żeby mogły być królewnami ile tylko chcą! :)

Życzenia są bardzo spóźnione bo kompletnie nie mam czasu. Pochłaniają mnie strasznie przyziemne zajęcia (czyli praca). Z tego powodu do tej pory nie ogłosiłam zwyciężczyni konkursu, który był ze sto lat temu. Wygrała Amaranta!

A mnie się udało wziąć udział w Targach "Kraków ŁAŁ" (o których pisałam na Facebooku)! W kolejnych tygodniach będę na targach dziecięcych w Krakowie i w Warszawie. Strasznie fajnie, że mogę Was tam poznać i wymienić się kilkoma zdaniami :) Przygotowuję obrazki i plakaty na kolejny wspólny weekend. Mam nadzieję, że się zobaczymy! :)

I jeszcze kilka Menrzowych zdjęć (bo tak dawno nie pisałam...). Weekend majowy w sześciu ujęciach oraz Targi - w dwóch :) 




piątek, 17 maja 2013

Kiermasz!

Niedługo się odezwę! Ja i różne potwory spod łóżka! A tymczasem zapraszam TU! Zobaczymy się tam? :)

sobota, 4 maja 2013

Obrazkowo







Oto dwoje niesamowicie wesołych dzieci - śliczna Zuzia (znana niektórym z tego bloga) oraz wiecznie uśmiechnięty Adaś! To dla mnie zaszczyt, że tych dwoje wzięło udział w mojej mini sesji zdjęciowej! Jeszcze raz dziękuję ich rodzicom :)

Zdjęcia: Monsz

Jak Wam mija weekend? :)


wtorek, 23 kwietnia 2013

Potwory



Romek straszliwie bał się potworów.
Ale tylko na początku. Później przemienił się w superbohatera i wszystko się zmieniło!

Ale...
Jak to się stało, że Romek został superbohaterem?
Jak brzmiał jego pseudonim?
Czym zajmował się w dni wolne od szkoły?
I w ogóle kim on jest, ten cały Romek?

Na te pytania próbuję znaleźć odpowiedź już od zeszłego czwartku. Niestety. Pomysł, który dzielnie towarzyszy mi każdego dnia i wspiera mój (zmęczony czasem) umysł, wyjechał na wyspy Bahama. Opala się tam i wygrzewa. Nurkuje i zajada Frutti di mare. Mam nadzieję, że jak wróci to weźmie się do pracy bo ciężko mi bez niego. Pomyśle, wracaj!

W związku z wakacjami mojego Pomysłu ogłaszam mały KONKURS!

Jest to konkurs na krótką bajko-opowiastkę do rysunku Romka (tak jak to zwykle bywa w moich postach). Bajkę należy zamieścić w komentarzu pod tym wpisem. Nie musi być długa, zależy co Wam tam wpadnie do głów! Niech to będzie absurdalne! Lub "bachanalne" ;) Ewentualnie... niemoralne! :)

Czas: do 5 maja! :)

Twórcy najfajniejszej bajki mogę zaoferować nagrodę do wyboru: jeden z gotowych obrazków z mojego bloga (w ramce i w ogóle;)) lub portret jego rodziny (taki jak np. TEN lub TEN lub TEN itd.)

A może Wasze dzieci coś fajnego wymyślą? :)

czwartek, 11 kwietnia 2013

Czekolada


We wtorek Róża wybiegła z mieszkania bez butów.

To wszystko przez budzik, który zadzwonił zbyt późno! A we wtorek miała przecież niezwykle ważne spotkanie z klientami w sprawie wzorów na zasłonach. Nie mogła się spóźnić!
W biegu schwytała wczorajsze alladyny oraz w miarę czysty top i ubrała je szczotkując zęby. Trzy minuty później zamykała już drzwi od swojego mieszkania. Dopiero na ulicy spostrzegła, że nie ma na sobie butów!

Całe szczęście, że dzień był wyjątkowo upalny i płyty chodnikowe przyjemnie grzały Różę w stopy, kiedy ogromnymi, zwinnymi susami pokonywała trasę do biura (można powiedzieć, że biegło jej się nawet całkiem przyjemnie!).

Pędząc minęła swój ulubiony kiosk z babskimi gazetami, piekarenkę na rogu i sąsiadkę wracającą ze spaceru w psem (yorkiem). Przebiegła przez środek wycieczki szkolnej, a potem cudem udało jej się prześlizgnąć przez przejście dla pieszych na mrugającym zielonym świetle. Aleję Słowackiego pokonała w zaledwie pięć minut! Nic więc dziwnego, że kiedy wbiegła do biurowca, nogi się pod nią ugięły. Z takim impetem opadła na skórzany fotel w hallu, że aż przybiegł do niej ochroniarz Franciszek!

- Wody... - jęknęła. Kolana jej drżały niczym galareta!
Ochroniarz Franciszek, człowiek miły i dżentelmeński, przyniósł Róży wodę oraz tabliczkę czekolady na wzmocnienie. Przecież jeszcze nic nie jadła!
Wspaniały pan Franek! - pomyślała sobie wgryzając się w czekoladę.
Pan Franek podzielał pogardę Róży do batoników. Bo cóż to jest batonik?! Ładny papierek, mnóstwo kuszącego zapachu (silnie oddziałującego na ślinianki), a potem trzy gryzy i... koniec przyjemności. Jedynie czekolada była w stanie uregulować nagły spadek poziomu cukru we krwi!

Właśnie w chwili, kiedy Róża w podzięce rzucała się na szyję panu ochroniarzowi (pełna sił i energii), do budynku wmaszerowali jej klienci. Pan pod krawatem oraz pani w szpilkach. Wyobraźcie sobie, że zdecydowali się na zasłony w różowe słonie! Kto by przypuszczał...

Następnego dnia była środa i Róża nie poszła do pracy (mimo szczerych chęci). Dlaczego? KLIK!

sobota, 6 kwietnia 2013

Nasz dom


Czasem wybieram się na strych. Jest to wyprawa, z której zawsze wracam z jakimś skarbem. Kiedyś znalazłam tam najwspanialszą książkę jaką kiedykolwiek miałam w rękach! Zajmuje bardzo szczególne miejsce na mojej półce.

Książka ma tytuł "Nasz dom" i jest pracą zbiorową wielu autorów wśród których są m.in Henryk Sienkiewicz, Eliza Orzeszkowa, Maria Konopnicka i Bolesław Prus! Wydano ją w 1912 roku co czyni ją jeszcze bardziej wyjątkową!
"Nasz dom" to, jak głosi podtytuł, wspaniały "Poradnik praktyczny gospodarczo-społeczny dla kobiety polskiej"! Jest w nim wszystko, co każda gospodyni powinna wiedzieć (od zakładania i prowadzenia gospodarstwa, przez wygląd ścian, podłóg, pokoi, ubioru i "hygieny" każdego mieszkańca, szczegółowego wyposażenia całego domu, wywabiania plam, pomocy ratunkowej aż do spraw prawnych).

Książka ma ponad sto lat, napisana jest przepięknym językiem! :D Każde zdanie z "Naszego domu" warte jest zacytowania! Wybrałam tylko kilka fragmentów:

"Chcąc utrzymać dom w porządku, a uniknąć plagi, zwanej domowemi porządkami, trzeba codziennie sprzątać gruntownie jeden pokój ażeby każdy miał swoją kolej raz na tydzień."

"Po skończonej chorobie odkazić całe mieszkanie, wszystkie rzeczy i książki, zabawki spalić, naczynia użyte do picia, jedzenia - wygotować w rostworze sodowym."

"Dzieci i młodzież (zarówno chłopcy jek i dziewczynki) powinny uprawiać rozmaite sporty takie jak pływanie, ślizgawka, wycieczki, przechadzki itp."

"Podróże poślubne są szkodliwe dla wielu młodych mężatek, które więcej w tym czasie spokoju potrzebują, niż niewygód, nadmiaru wrażeń i podniet."

"Kąpiel codzienna lub natryski pozostaną jeszcze dla wielu niedoścignionym ideałem, brak czasu, warunki mieszkaniowe i materyalne niestety większości utrudniają wykonanie tych zabiegów. Przy odpowiednich jednak chęciach można przy minimalnym wydatku urządzić prysznic pokojowy przenośny i stosować codzienne ablucye całkowite, wreszcie można myć się w miednicy od stóp do głowy codziennie, a 2 razy lub ostatecznie raz w tygodniu brać kąpiel. To ostatnie - jest minimalnem wymaganiem hygieny od kulturalnego człowieka."

"Z brudem i pyłem musimy walczyć bezustannie i szukać środków najskuteczniejszego przeciwdziałania. [...] Posadzka froterowana miła jest dla oka; czyszczenie jej nie przestało być barbarzyńską pracą nawet przy udogodnieniach: wycieraniu benzyną, pomadką, suknem i szczotką ciężką na kiju."

 "Nożów nie myć nigdy bo tępieją. Brudne przecierać i oczyścić ostrza na deseczce obitej skórą, posypanej cegłą utłuczoną miałko i przesianą. Myć tylko trzonki z wodzie z mydłem."

"6 tygodni po porodzie - stanowi okres stopniowy rekonwalescencyi - okres połogowy. Przez ten czas nie kąpać się, żyć w abstynencyi, zimą lepiej nie wychodzić z mieszkania."

"Fartuch dla służących oddzielnie do słania łóżek, oddzielnie do przątania i kuchni. Jeszcze jeden fartuch w każdym dobrze zorganizowanym domy, zwłaszcza, gdzie są dzieci jest nieodzowny."

"Nigdy nie zwierzać się z żadną dolegliwością towarzyszom wycieczki. To źle oddziaływa."

*Pisownia oryginalna!



Ferdek oglądający film w 3D oraz Laura wpatrująca się we mnie z nadzieją na zabawę ;)


piątek, 29 marca 2013

Absurdaliusz


Już kładłam głowę na poduszce!
Już przykrywałam się kołdrą (odzianą w pachnącą Lenorem poszwę).
Już w myślach wirowały mi zalążki nowych snów.
Już czułam jak opadają moje zmęczone powieki...

Aż tu nagle ktoś delikatnie potrząsnął moim ramieniem i nieśmiało chrząknął.

Spojrzałam.
Absurdaliusz?! Aż usiadłam ze zdziwienia (Absurdaliusz nie należy do osób, które nachodzą innych znienacka)! 
- Absurdaliuszu! Co się stało??? - Lekkiego strachu w moim głosie chyba nie dało się ukryć. Trudno jest zachować spokój kiedy ktoś (kto nie ma tego w zwyczaju) nachodzi cię znienacka.
- Jest sprawa... - wyszeptał i cały się zarumienił.

Wskazałam Absurdaliuszowi miejsce na łóżku obok siebie, przeczuwając, że zapowiada się dłuższa rozmowa. Wgramolił się nieporadnie wszystkimi czterema łapami, a następnie wykonał kilka powolnych okrążeń wokół własnej osi starannie ugniatając moją kołdrę (aby wygodnie ułożyć na niej swoje cielsko). Następnie usiadł i westchnął ciężko.

- Bo ja miałbym taką ogroooomną ochotę na lody ciasteczkowe... Z polewą krówkową najchętniej... - Powiedział wpatrując się w swoją prawą łapę. - Ewentualnie mogłyby być też te o smaku melonowym...
Oj tak... Absurdaliusz doskonale wiedział co mówi. Uwielbiałam lody melonowe!
Rzuciłam okiem na zegarek (dochodziła dwudziesta trzecia). Nie było rady! Jak ktoś ma ochotę na lody (choćby to było w środku nocy) to trzeba się na te lody wybrać!

Szybko zamieniłam piżamę na pierwszą z brzegu sukienkę, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do najbliższego McDonalda (wiedziałam, że nie mają w nim lodów melonowych, ale te ciasteczkowe też były całkiem smaczne).

Po drodze Absurdaliusz wesoło chichotał (potem zaczął coś nucić pod nosem, ale nie rozpoznałam tej piosenki). Fakt, że jedziemy na lody wprawił go w doskonały nastrój.
Absurdaliusza zawsze łatwo było wprawić w doskonały nastrój. Był z natury pogodną postacią. Lubił lody, owsiankę, miękkie kanapy i słoneczne pomieszczenia. Nie lubił właściwie tylko jednej rzeczy - kiedy ktoś uznawał go za słonia lub mrówkojada. Bo Absurdaliusz, mimo charakterystycznej dla słonia trąby, słoniem nie był w żadnym wypadku! Mrówkojadem również nie.

W McDonaldzie było pusto. Cicho grała muzyka, a sprzedawca drzemał wsparty łokciami na ladzie. Pomyśleliśmy sobie, że nie warto go budzić (pewnie był zmęczony, biedaczyna). Podeszłam do maszyny, wzięłam dwa kartonowe kubeczki i napełniłam je lodami. Obok kasy zostawiłam kilka drobnych (z wyliczonym napiwkiem). Zjedliśmy w ciszy delektując się każdą łyżeczką.

Kiedy wracaliśmy Absurdaliusz poprosił mnie, żebym zmieniła jego portret z bloga na bardziej aktualny. Poprzedni było robiony przecież tak dawno temu!
Oto jego nowa wersja (w dwóch kolorach do wyboru):


czwartek, 21 marca 2013

Tola

We wtorek Tola złapała się za głowę (świeżo zafarbowaną na miedziany blond).

Był to wyjątkowo deszczowy wtorek i Tola chciała spędzić go w łóżku z książką i śpiącym psem. Zamierzała wziąć długą kąpiel relaksacyjną (z olejkiem o zapachu lasu), pomalować paznokcie (u rąk na szaro, a u nóg na czerwono), a potem już tylko czytać którąś z ulubionych książek. Lista ulubionych książek od lat wisiała nad jej łóżkiem. Niestety, nad łóżkiem znajdował się również kalendarz.

Właśnie przez ten kalendarz Tola złapała się za głowę. A potem dostała wypieków, dreszczy i podskoczyło jej ciśnienie. Zaczęła nerwowo biegać po domu, aż potknęła się o leżącego na schodach psa (przestraszony schował się pod łóżko). Nie miała wyboru, musiała zaparzyć sobie melisę.

Ale herbata niewiele pomogła. Myśli wirowały w głowie Toli niczym w pralce Amica.

Za dwa dni stanie się człowiekiem dorosłym!!!!

W teorii Tola była już dorosła (osiemnastkę obchodziła przecież parę lat temu), ale w praktyce...
W praktyce Tola zawsze przypalała ziemniaki, nie zawsze wyrzucała śmieci, a czasem zapominała podlać kwiatki. Nocą bała się pójść do łazienki bo potwory czają się przecież za każdą zasłoną! W dodatku nie miała karty bankomatowej ani butów na obcasie. Oj nie, w praktyce Tola wcale nie była dorosła.

Nic więc dziwnego, że z przerażeniem patrzyła w kalendarz. Za dwa dni Tola miała wyprowadzić się z domu! Miała zostawić mamę, tatę, brata, siostrę, psa, kota i rybki i zamieszkać sama (to znaczy z Bolkiem). Nagle miała stać się dorosła!

Tola wcale nie chciała być dorosła, ale czuła, że tego nie uniknie. Od pewnego czasu dostawała dziwne listy z banku, a dzieci na ulicy zwracały się do niej "proszę pani"! W dodatku dentystka robiąc prześwietlenie zapytała się jej czy przypadkiem nie jest w ciąży! Jak to w ciąży?! Przecież ona nie jest jeszcze aż taka dorosła! Wszystkie te podejrzane sytuacje sugerowały, że świat dorosłych wyciąga po nią swoje macki!

Dlatego we wtorek (popijając meliskę) Tola stworzyła STP - Super Tajny Plan! Wyprowadzi się do Bolka (bardzo lubiła mieszkać ze swoją rodziną. Ale lubiła też mieszkać z Bolkiem), jednak wcale nie będzie dorosła! Nadal będzie przypalać ziemniaki, kupować sobie kolorowe balony na straganie, wyjadać nutellę ze słoika i chodzić boso (zamiast w szpilkach). A jak zatęskni za domem to sobie do niego wróci, jak gdyby nigdy nic! Haadziaaa!


Rysunek na specjalne zlecenie. Ostatnio mam sporo takich specjalnych zleceń i ciągle rysuję różne rodzinki. Nie ma czasu na rysowanie gołych bab (tak jak TU). Dorosłość!

piątek, 8 marca 2013

Biblioteczka


Janinka miała pasję zbieractwa.

Pasja jej najlepiej rozwijała się w dzieciństwie. Najpierw zbierała znaczki pocztowe (nocami moczyła koperty w misce, aby delikatnie odkleić piękne znaczki). Później zbierała karty telefoniczne (miała nawet oryginalny okaz z Japonii!), kapsle z piwa (od taty i wuja z Holandii), czterolistne koniczyny, pierwsze siwe włosy swojego ukochanego psa (delikatnie wyrywała mu je kiedy spał - żeby nie bolało), kulki z plasteliny, którymi jej dziadek zaklejał szpary w oknach, kolorowe listki z papieru toaletowego (chciała je skleić i zrobić jedną, wielobarwną rolkę) oraz zdjęcia ładnych sukienek (wycięte z modowych gazet mamy).

Pewnego dnia Janina urosła i stała się kobietą. Zauważyła wtedy, że nie interesują jej już kapsle od piwa ani karty telefoniczne (dawno temu przestały być modne). Nie mogła również zbierać czterolistnych koniczynek bo zamieszkała w mieście. Aby wynagrodzić sobie te straty, dwa razy w tygodniu kupowała ciekawe książki w Taniej Księgarni.

Małe mieszkanie Janinki bardzo szybko wypełniło się książkami. Półki, które ustawiła przy każdej wolnej ścianie, stały się niewystarczające. Książki leżały również na kanapie, stole kuchennym, biurku, głośnikach, pralce, lodówce, parapetach i na podłodze. Zajmowały każdą wolną przestrzeń od podłogi, aż po sufit. Królowały, wzbudzały podziw, zwracały  na siebie uwagę i... pachniały!

Książek w mieszkaniu Janinki było tak dużo, że sąsiadom z dołu ugiął się sufit! Nie wytrzymał po naporem takiego ciężaru! Na szczęście wcale im (sąsiadom) to nie przeszkadzało bo również byli zbieraczami. Zbierali bezdomne kanarki, które wyfrunęły przez otwarte okna u poprzednich właścicieli (niektóre z nich udało się oddać do dawnych domów).
A poza tym sufit szybko wrócił do normy ponieważ Janinka poznała swojego przyszłego małżonka, Zygmunta. Zygmunt zbierał zegary z kukułką, więc musieli kupić sobie duży dom (bo u Janinki na ścianach nie było dla nich miejsca).

Tak to z tą Janinką było.

Wszystkich, którzy mają taką samą pasję jak Janinka zapraszam na blog Wieczór z książką! To dla Ady jest powyższy rysunek :)

A poniższe zdjęcia przedstawiają Menrza, który chciałby, żebym miała odrobinę mniej książek (ale i tak pozwolił mi kupić dwie piękne szafki na książki - po sam sufit!).






wtorek, 26 lutego 2013

Niemoralnie


Helenę gniotły rajstopy.
Ściskały ją w pasie, zgniatały palce u stóp, uwierały pod kolanami... Chodząc w rajtkach czuła się jak kiełbaska! Co gorsze, gniotły ją również skarpety. Odciskały podłużny wzorek z gumki na jej łydkach - nienawidziła tego!

Helenę gryzły golfy.
Drapały w ręce, łaskotały w brzuch, dusiły w szyję... Zakładając golf miała wrażenie, że zamknięto ją w ciasnej klatce (chyba nikt by tego nie zniósł!). Podobnie czuła się w swetrach.


Helenę drażniły podkoszulki.
Takie były nieforemne, czasem za duże (i wisiały niechlujnie), czasem za małe (gniotły pod pachami). Miały metki drapiące w kark, a czasem też w bok (po co komu metki z boku podkoszulka?! - denerwowała się Helena).


Podobny stosunek miała Helena do majtek (uwierały w pachwiny), czapek (swędziało po nich czoło), rękawiczek (zahaczały się o obgryzione skórki i paznokcie), sukienek (łaskotały w uda), piżam (guziczki uniemożliwiały spanie na brzuchu), spodni (były ogólnie niemiłe dla skóry) oraz, rzecz jasna, staników (tu: bez komentarza). 

Pewnego nieszczęsnego wtorku Helena wracała tramwajem do domu (tak, z pracy wracała). Była to godzina 16.00, a więc tłok wewnątrz wagonu panował przeogromny. Ludzie podróżowali ściśnięci, ocierali się o siebie ramionami, plecami, a nawet pośladkami! Z jednej strony napierał na Helenę gruby pan, z drugiej starsza pani z siatkami, z trzeciej pan biznesmen z walizką, z czwartej dziewczynka z tornistrem, z piątej... Helena była cała czerwona ze złości! Czuła jak jej ubrania (luźne dżinsy i za duża koszulka) drapią ją, gniotą, szczypią, łaskoczą i uwierają na CAŁYM ciele! To było zbyt wiele!

Helena wybiegła z tramwaju na najbliższym przystanku (a było to aż trzy przystanki od jej domu). Cała zziajana dobiegła do mieszkania, w którym zrzuciła z siebie wszystkie ubrania. Tupnęła nogą i oznajmiła (swojej jaszczurce o imieniu Trojańska - bo tylko z nią mieszkała), że już nigdy więcej nic na siebie nie założy. Że będzie chodzić goła bo tylko tak czuje się komfortowo. Że ubrania ją męczą i, że nie chce o nich słyszeć! (Jaszczurka Trojańska nic nie odpowiedziała)

Helena usiadła na swoim najwygodniejszym (mięciutkim) fotelu i przez resztę dnia beztrosko oddawała się lekturze. 


piątek, 22 lutego 2013

Sonia


Sonia bardzo chciała zostać powieściopisarką.

Po pracy (była baristką w kawiarence "Stefek") jeździła w miejsca publiczne, aby obserwować ludzi i poznawać ich zachowania i reakcje (wszystko po to, żeby jej powieść była bardziej realistyczna). W poniedziałkowe popołudnia przechadzała się po supermarkecie, we wtorki wybierała skwerek "psiarzy", w środy - place zabaw, czwartki i piątki przeznaczone były na kluby i kawiarnie, a weekendy na galerie handlowe oraz miejsca sezonowo atrakcyjne.

W trakcie tych przechadzek ściskała w dłoni mały notesik (ukradziony z zapasów kawiarenki "Stefek") oraz ołówek (zabrany ze sklepu meblowego "Ikea") i skrupulatnie notowała zaobserwowane zachowania i zasłyszane rozmowy międzyludzkie (ale tylko te, które wydały jej się wyjątkowo intrygujące!).
 
Weekendy były najlepsze. W weekendy całe rodziny poświęcały wolny czas na wspólną rozrywkę. Do najpopularniejszej rodzinnej rozrywki należały wielkie zakupy w ogromnym hipermarkecie. Sonia czekała na te dni przez cały tydzień! Po takiej przechadzce w jej notesiku pojawiały się dziesiątki stron zapisanych rozmówkami w stylu: "Ja będę duża to zostanę psychologiem bo on leczy psy" albo: "Tak, ty jesteś taka sama jak twoja mama! Identyczna!".

Pewnego razu, do kawiarenki "Stefek", wszedł menel z gitarą.
- Cześć wiewióreczko - powiedział do niej. - Mam na imię Dariusz.
Bezceremonialnie usiadł na taborecie, wyciągnął z pokrowca niebieską gitarę (mówiąc, że ma na imię Daria) i zaczął grać. Sonia, kompletnie zaskoczona, nie odezwała się ani słowem. Od tamtej pory menel Dariusz odwiedzał ją niemal codziennie. W pożółkłym woreczku przynosił mieloną kawę i prosił o odrobinę wrzątku (ręce, którymi podawał woreczek całe były w zaropiałych owrzodzeniach). Siadał na taborecie i opowiadał jej przeróżne historie z życia bezdomnego (które były dla Soni tak egzotyczne, jak wyprawa do dalekiego kraju).

Opowiadał o Agnieszce - miłości życia, o partyjce szachów pod arkadami na Grodzkiej (wygrał wtedy Darię), o ciotce, która nie mogła mieć dzieci i zwariowała oraz o chłopcu, który w tym czasie umarł przygnieciony przez most zwodzony, o kolegach "na gigancie", o człowieku, który przetrwał na pustyni dzięki specjalnej odmianie glonów.
A Sonia tylko słuchała i kiwała głową ze zdziwienia. Od menela Dariusza dowiedziała się o życiu znacznie więcej, niż w czasie wszystkich swoich badawczych przechadzek po supermarketach.


Tak mi się dziś napisało jakby smutnawą bajkę (z życia wziętą, jak większość bajek). Równoważę ją bardzo pozytywnym i kolorowym rysunkiem rodzinki Zuzi, który z historyjką nie ma nic wspólnego :) Zapraszam na blog mamy Zuzi - KLIK!

Ah! Jeszcze jedną rzeczą muuuuuszę się Wam pochwalić (bo to było takie strasznie miłe!!!!). Zobaczcie TU!

piątek, 15 lutego 2013

Mamowe


Chodzenie na spacer z dzieckiem jest fajne.

Można beztrosko huśtać się na huśtawce (z dzieckiem na kolanach), robić zamki z piasku w osiedlowej piaskownicy, zrywać liście z drzew i udawać, że to bilety autobusowe, pleść wianki z mleczy i nosić je na głowie, robić fikołki na trzepaku (tu uwaga: warto pamiętać, że trochę się urosło i głowa z pewnością uderzy o chodnik), ciągnąć za sobą drewnianego krokodyla na sznurku, jeść przekąskę w parkowej altance, prowadzić zabawne konwersacje z obcymi dziećmi, głaskać napotkane psy i przez godzinę oglądać rybki z sklepie zoologicznym, uciekać przed stadem muszek meszek, jeździć autobusem i machać do kierowców samochodów, karmić kaczki płatkami Cheerios (nie lubią), rysować kredą po wszystkich alejkach, dostawać gratisową bułkę kajzerkę w sklepie (bo dziecko z pewnością głodne)...

Można też robić sporo "dorosłych" rzeczy, na przykład czytać książkę na ławce w parku (kiedy dziecko smacznie śpi) lub być obiektem westchnień starszych pań (westchnień pełnych potępienia) bo dziecko czapki nie ma! kocyka nie ma! buty ma za cienkie! rękawiczki złe bo z pięcioma palcami (a to jest podobno mało wygodne)!

Skąd ja to wszystko wiem skoro własnego dziecka nie mam? Ponieważ przez cztery lata pracowałam jako niania :) Właśnie obliczyłam, że opiekowałam się... dziesięciorgiem dzieci! Mamma mia! Tylko czworo z nich miałam "na stałe", ale to i tak niezły wynik ;) I niech to będzie jedna z tajemnic, którą miałam ujawnić jako osoba wyróżniona przez Niezapominatkę (kto nie zna niech koniecznie zaglądnie na jej blog!) :)

Rysunek z wózkiem zrobiłam na specjalne zamówienie Pauliny (jej blog również polecam)

REKLAMA --> I zapraszam również na blog Szafeczka, gdzie znajdziecie konkurs z ciekawymi nagrodami! :>


Taki dziś wpis bez bajki. Dziwny.

środa, 6 lutego 2013

Relaks


Zajączek był tak zestresowany swoją pracą (pracował jako biznesmen), że aż drżały mu łapki i jakby gorzej słyszał na jedno ucho. Przeczytał ostatnio w Onecie, że stres rujnuje zdrowie i kondycję, co przeraziło go jeszcze bardziej. Bał się również o swoją psychikę (jego babka od strony mamy miała problemy z psychiką!).

W niedzielę po pracy (bo zajączek pracował również w niedziele) przykicał na polankę, aby zachłysnąć się zapachem świeżego runa leśnego (co ma zbawienny wpływ na zszargane nerwy zajęcze).
Polanka go nie zawiodła. Mech, na którym usiadł był mięciutki i pokryty delikatną rosą. Wilgotne powietrze aż lśniło w promieniach słońca. Pachniało prawidłowo - kręciło w nosie od wspaniałego zapachu lasu!

Zajączek zamknął oczy i siedział...

Aż tu nagle przysiadł się do niego Niedźwiedź i wyjął z kieszeni termos z zupą ogórkową. Nalał do dwóch miseczek (metalowych) i podał jedną Zajączkowi. - Potrzebujesz prawdziwego relaksu - powiedział. - Jak zjesz to zaprowadzę cię w pewne miejsce.

Zjedli (zupa była wyśmienita) i powędrowali wgłąb lasu (Zajączkowi trochę żal było opuszczać ukochaną polankę, ale miał nadzieję, że Niedźwiedź poradzi mu jak uporać się ze stresem). Bardzo szybko dotarli do celu, gdzie czom Zająca ukazała się... huśtawka! Drewniana deska służąca jako siedzisko przywiązana była (grubymi sznurami) do gałęzi rozłożystego drzewa.

Niedźwiedź usiadł na huśtawce mówiąc zdziwionemu Zającowi, aby patrzył na niego i się uczył. Wręczył mu również małą karteczkę na której napisane było:

Instrukcja jak należy uprawiać relaks:
1. Należy usiąść na huśtawce wygodnie
2. Zamknąć oczy i uszy (jedyny dźwięk jaki można słyszeć to świergot ptaków)
3. Rozhuśtać się tak bardzo aż się poczuje wiatr we włosach
4. Huśtać się długo i myśleć o rzeczach przyjemnych na przykład o polance w lesie, zimnym strumyku latem albo o jedzeniu
5. Zakończyć relaks kiedy się zechce lub kiedy się poczuje nudności

Zając przeczytał instrukcję trzy razy, żeby dobrze ją zapamiętać. Kiedy nadeszła jego kolej i zaczął uprawiać relaks nagle zrozumiał co Niedźwiedź miał na myśli - to rzeczywiście działało! I, chociaż pomylił mu się punkt drugi z trzecim, i tak poczuł ogromną radość i spokój. Łapki mu już nie drżały, a uszka działały nadzwyczaj sprawnie! Podziękował Niedźwiedziowi serdecznie i postanowił, że od dziś każdy dzień będzie zaczynał i kończył od uprawiania relaksu na huśtawce!


Monsz i ja również mieliśmy ostatnio przyjemność uprawiać relaks. Mimo, że pracuję dopiero czwarty miesiąc, byłam już zmęczona (a nie jestem biznesmenem!). Więc kupiłam na urodziny dla Menrza relaksacyjny prezent - bilety do Bolonii (Monsz też się z niego bardzo ucieszył :p). Wolny weekend + tanie bilety w Ryanairze + nocleg znaleziony na Couchsurfingu = relaks za grosze! Polecam wszystkim (nie warto bać się Couchsurfingu)!


niedziela, 27 stycznia 2013

Pies


Piesek Ryszard siedział na chodniku wpatrzony w stoisko z pieczonymi kurczakami. Ogromne płatki śniegu spadające z nieba osiadały na jego brązowym futerku. Mróz szczypał pieska Ryszarda w nosek (aż wywołał u niego głośne kichnięcie).

A kurczak tak pachniał... Piesek Ryszard wyobrażał sobie jego delikatny smak i chrupiącą skórkę. Mniam... Gdybym mógł tylko spróbować malutki kawałeczek - myślał sobie i od razu robiło mu się odrobinkę cieplej (bo był już bardzo zmarzniętym pieskiem Ryszardem). Chude łapki drżały mu z zimna, a w brzuszku kiszki grały marsza.

W końcu do pieska Ryszarda podszedł zaciekawiony szczurek Igor (który był bratem pieska). Usiadł obok niego i również spojrzał na stoisko z pieczonymi kurczakami.

- Na co patrzysz? - Zapytał swojego brata, pieska Ryszarda.
- Jak będę duży to zostanę panem od pieczenia kurczaków pieczonych - Powiedział mu rozmarzony piesek.
Szczurek Igor zamyślił się (kilka minut siedzieli w całkowitej ciszy).
- A ja będę ratownikiem na basenie! - Odezwał się w końcu szczurek Igor.

Chwilę jeszcze posiedzieli przy stoisku z kurczakami, a później zebrali się i poszli do swojej norki w Parku Jordana. Od kilku miesięcy mieszkali w jamie pod wielkim jałowcem. Domek ich osłonięty był od zawiei i zamieci śnieżnych (a także od wścibskiego wzroku ludzi).

Tak właśnie mieszkał sobie piesek Ryszard ze swoim bratem szczurkiem Igorem. 


Na zdjęciu bliski krewny pieska Ryszarda - piesek Ferdek ;) Oraz jego młodsza siostra Laura (ta gryząca kość). Szczurek też był. Był strasznie mądry i kochany. Aktualnie przebywa w Szczurkowym Raju. 


fot. Piotr Galus



Strasznie miła niespodzianka mnie dziś spotkała - bardzo sympatyczny post na blogu Agnieszki i Odessy :) :) :) Zaglądnijcie TU! 

I jeszcze chciałam pozdrowić Kasię, z którą chyba czytamy sobie w myślach bo wtedy, kiedy ja pisałam ten post, ona wysyłała mi smsy, że chce pomagać bezdomnym psom! :)




poniedziałek, 21 stycznia 2013

Bunt


Oto Róża.

Róża bardzo chciała iść dzisiaj do pracy. Naprawdę. Miała nawet plan, żeby wstąpić do piekarni i kupić swoje ulubione ciastko francuskie z kremem waniliowym i truskawkami (na lunch!).

Nie uwierzycie, ale czynność ta okazała się być niemożliwa do zrealizowania!

Jak w każdy dzień, Róża wstała punktualnie o siódmej... piętnaście (obudzona przez budzik w kształcie żółwia ninja - pozostałość z czasów beztroskiego dzieciństwa). Niewiele widząc na rozespane oczy (jedną nogą była jeszcze w swoim pięknym śnie) dotarła do łazienki, w której odprawiła swój codzienny rytuał higieniczny.
Dokładnie wyszczotkowała zęby pastą wybielającą, ochlapała twarz chłodną, orzeźwiającą wodą i rozczesała skołtunione włosy.

Następnie udała się do kuchni, aby podgrzać mleko na poranne kakao (z bitą śmietaną i wiórkami czekoladowymi). Wypiła je na spółkę ze swoim psem - bo on wprost przepadał za kakao!

Po tych czynnościach Róża była w pełni gotowa, aby stanąć przed najtrudniejszym wyborem dnia codziennego - otworzyła swoją piękną białą szafę (z wielkim lustrem), aby zdecydować co dzisiaj ubierze.

I wydarzyła się prawdziwa tragedia!

W szafie Róży (tak, w jej pięknej, białej szafie!) nie było nic! Kompletnie nic!

Ani bluzeczki, ani sweterka, ani spodni rurek, spódniczki, getrów, tuniki... Nic! Spostrzegła również brak eleganckiej sukienki. Róża złapała się za głowę!

Nie miała wyboru. Na kolanach wpełzła do szafy (wzięła ze sobą latarkę-czołówkę, żeby lepiej widzieć).

Pełzła, pełzła i pełzła... Natrafiła po drodze na bluzkę w serduszka, którą kupiła w zeszłym miesiącu (już była niemodna. A poza tym źle układała się na ramionach). Znalazła również korale - kiedyś długo ich szukała.
Wędrowała dalej przez ciemne zakamarki. Otulał ją przyjemny zapach lawendy odstraszającej mole. Napatoczyła się także na kapcie góralskie - nieużywany prezent od dawnej przyjaciółki. Ale po ubraniach ani śladu!


W końcu doszła do wniosku, że jej szafa jest dziwnie... pojemna! Nigdy wcześniej do niej nie wchodziła, to fakt. Ale, żeby tak długo pełznąć przez jej wnętrze...? Nic dziwnego, że ubrania gdzieś zniknęły!

Róża, którą rozbolały już kolana i nadgarstki, usiadła na chwilkę i wyjęła z kieszeni koszuli nocnej batonik Bounty. Wgryzła się w niego swoimi dobrze wyszczotkowanymi zębami i poczuła przyjemny przypływ energii. Odetchnęła głęboko i postanowiła udać się w drogę powrotną - skoro w szafie nie ma nic do ubrania to musi znaleźć coś w koszu z "brudami"!

W szafie było całkowicie ciemno. Latarka-czołówka świeciła niemrawo. Zapach lawendy świdrował w nosie. I, wyobraźcie sobie, że Róża zwyczajnie zabłądziła! Zgubiła drogę powrotną do swojej sypialni. Kiedy zorientowała się, że coś jest nie tak oraz, że chyba nie da rady sama wrócić do pokoju, zwinęła się w kłębek i przykryła znalezionym po drodze pledem.

- Jak mąż przyjdzie z pracy to mnie uratuje - szepnęła ziewając przeciągle i... zasnęła!


czwartek, 17 stycznia 2013

Taaaak!


Świat można podbijać na różne sposoby.

Można sobie zrobić tatuaż w kształcie serduszka - na ramieniu.
Kupić żółte szpilki, mimo, że się nie lubi koloru żółtego i nie potrafi się chodzić w szpilkach.
Pójść w wymarzone miejsce pracy i bezceremonialnie oznajmić, że od dziś się tam pracuje.
Kupić bilet do Neapolu za cztery złote (albo, jeszcze lepiej, do Nepalu!).
Przygarnąć smutnego psa ze schroniska.
Upiec pierwszy w życiu tort (ewentualnie zrobić go z wykorzystaniem kupionych blatów z ciasta).
Zakumplować się z obcą osobą spotkaną na ulicy i wspólnie narzekać na drogie bilety autobusowe.
Kupić pączka menelowi spod Żabki (lub banana, jeśli woli).
Pójść na bal!

Albo trochę bardziej dosłownie.
Rzucić pracę i wyjechać w podróż dookoła świata.

Co tam komu tkwi głęboko w myślach.

Na wszelki wypadek, żebyście pamiętały o spełnianiu swoich marzeń, podsyłam Wam powyższy rysunek do pobrania TUTAJ. Wydrukujcie, powieście na lodówce i niech Wam to przypomina, że marzenia trzeba spełniać (bo bez sensu, żeby się kurzyły gdzieś tam pod szafą).

Dobra?


Na poniższym zdjęciu - Jadzia pijąca (tak, to jest jej prawdziwy, żywy język). Zdjęcie zrobił Monsz mój i mam ogromną nadzieję, że nie będzie zły, że je tutaj zamieszczam. Bo zdjęcie jest piękne i warto je pokazać innym! Klik do strony Menrza --> TU.





środa, 2 stycznia 2013

Aurelia


- Masz nóżki jak sarenka - westchnął Klemens na widok Aurelii.
Aurelia, która była bardzo nieśmiała, zarumieniła się i w odruchu wrodzonej skromności spuściła głowę. 
- Oj tam, oj tam... - szepnęła chichocząc cichutko.

W sobotę Aurelia zakupiła sobie na własność egzemplarz magazynu modowego VOGULE w języku francuskim. Podążając przez miasto z tak ekskluzywnym magazynem w torebce czuła się... jakby frunęła!
Wiedziała, że to troszkę dziwne, ale miała wrażenie, że ten zakup na zawsze odmieni jej życie (dodać należy, że nigdy dotąd nie pozwoliła sobie na tak duży wydatek).

Popołudniu Aurelia zaparzyła zimową herbatę (cynamonowo-pomarańczową) w filiżance z delikatnej, angielskiej porcelany i zasiadła w swoim antycznym fotelu (po prababci). Zwilżając palce językiem przerzucała kartkę po kartce, przeglądając swój stylowy, pachnący magazyn.

Zegar z kukułką wybił dziewiętnastą, kiedy na twarzy Aurelii pojawił się uśmiech. Podeszła do kredensu i wyjęła z niego koszyczek z włóczkami.
Magazyn VOGULE donosił, że najmodniejszym elementem garderoby każdej damy jest rudy sweterek z liskiem!!! Więc Aurelia, osoba oszczędna i pracowita, wzięła w obroty swoje szydełko i wydziergała piękny sweterek z liskiem. W zestawie do niego uszyła wełnianą spódniczkę mini w kolorze choinki (absolutny mast hew - wyczytała w gazecie).

W niedzielę Aurelia wybrała się na przyjęcie do Klemensa - oczywiście w swoim najmodniejszym zestawie z liskiem. W atmosferze ponczu, wiśni w czekoladzie i Franka Sinatry usłyszała od Klemensa słowa, które wywołały rumieńce na jej twarzy. Od wielu miesięcy śniła, że Klemens spogląda na nią swoimi orzechowymi oczętami i... dosięga go strzała Amora!

I co? Aurelia miała rację. Lisek z VOGULE zmienił jej życie!



Dziewczyny (i chłopaki?) życzę Wam samych wspaniałych przygód w roku 2013! :)
Sylwestra spędziłam z Menrzem, rzecz jasna. Nie poszliśmy na żaden wielki bal maskowy, nie miałam okazji, żeby kupić sobie ładną sukienkę, ale za to oglądnęliśmy dwie bajki - jedną dla dziewczynek ("Zaplątani" - śpiewali dużo romantycznych piosenek), a drugą dla chłopców ("Frankenweenie" - było dużo zombich). Żeby było sprawiedliwie. 


sobota, 29 grudnia 2012

Facet


Romuald uwielbia takie dni, kiedy może zasiąść na swojej kanapie, napoić się nektarem z chmielu i wziąć w objęcia swą smukłą Kochankę.

Bo Kochanką jest ona wprost idealną! Jest mu całkowicie posłuszna, nie mówi zbyt wiele i spełnia wszystkie jego zachcianki. To prawda, macie rację. Kochanka nie gotuje, każdy musi mieć jakąś wadę.

Romuald dobrze wie, że najważniejsze jest wnętrze, serce. Ale... Mamma mia! JAK ONA WYGLĄDA! Białosrebrzysta niczym świeży śnieg oświetlony porannym słońcem!

Romuald uwielbia jak jego palce prześlizgują się po guziczkach Kochanki, gładkich jak jedwab. Tak, takie guziczki ma tylko Kochanka, której lico zdobi piękne jabłko (zapewne z dorodnej polskiej jabłoni - tak sobie Romuald zwykł myśleć).

Lecz jest coś, co gryzie Romualda od wielu dni!


Kochanka, niby idealna, smukła, gładka, powabna, a jakaś taka... nadgryziona. Wiążąc się z nią wieloletnią ratą kredytu był pewny, że nie tknął jej żaden inny użytkownik! Ona również nie zdradza żadnych oznak kontaktu z INNYM! Tylko to jabłko...

Któż mógł mu to zrobić? Tego Romuald nie mógł się dowiedzieć bo Kochanka była przecież bardzo małomówna. Czasem mogłaby jednak coś powiedzieć...

Trzeba się pogodzić z trudnym losem - pomyślał sobie Romuald i wypił łyczek nektaru chmielowego. 



Na koniec chciałabym Wam powiedzieć, że życie bez patyka to... to co to jest za życie! ;)