czwartek, 21 marca 2013

Tola

We wtorek Tola złapała się za głowę (świeżo zafarbowaną na miedziany blond).

Był to wyjątkowo deszczowy wtorek i Tola chciała spędzić go w łóżku z książką i śpiącym psem. Zamierzała wziąć długą kąpiel relaksacyjną (z olejkiem o zapachu lasu), pomalować paznokcie (u rąk na szaro, a u nóg na czerwono), a potem już tylko czytać którąś z ulubionych książek. Lista ulubionych książek od lat wisiała nad jej łóżkiem. Niestety, nad łóżkiem znajdował się również kalendarz.

Właśnie przez ten kalendarz Tola złapała się za głowę. A potem dostała wypieków, dreszczy i podskoczyło jej ciśnienie. Zaczęła nerwowo biegać po domu, aż potknęła się o leżącego na schodach psa (przestraszony schował się pod łóżko). Nie miała wyboru, musiała zaparzyć sobie melisę.

Ale herbata niewiele pomogła. Myśli wirowały w głowie Toli niczym w pralce Amica.

Za dwa dni stanie się człowiekiem dorosłym!!!!

W teorii Tola była już dorosła (osiemnastkę obchodziła przecież parę lat temu), ale w praktyce...
W praktyce Tola zawsze przypalała ziemniaki, nie zawsze wyrzucała śmieci, a czasem zapominała podlać kwiatki. Nocą bała się pójść do łazienki bo potwory czają się przecież za każdą zasłoną! W dodatku nie miała karty bankomatowej ani butów na obcasie. Oj nie, w praktyce Tola wcale nie była dorosła.

Nic więc dziwnego, że z przerażeniem patrzyła w kalendarz. Za dwa dni Tola miała wyprowadzić się z domu! Miała zostawić mamę, tatę, brata, siostrę, psa, kota i rybki i zamieszkać sama (to znaczy z Bolkiem). Nagle miała stać się dorosła!

Tola wcale nie chciała być dorosła, ale czuła, że tego nie uniknie. Od pewnego czasu dostawała dziwne listy z banku, a dzieci na ulicy zwracały się do niej "proszę pani"! W dodatku dentystka robiąc prześwietlenie zapytała się jej czy przypadkiem nie jest w ciąży! Jak to w ciąży?! Przecież ona nie jest jeszcze aż taka dorosła! Wszystkie te podejrzane sytuacje sugerowały, że świat dorosłych wyciąga po nią swoje macki!

Dlatego we wtorek (popijając meliskę) Tola stworzyła STP - Super Tajny Plan! Wyprowadzi się do Bolka (bardzo lubiła mieszkać ze swoją rodziną. Ale lubiła też mieszkać z Bolkiem), jednak wcale nie będzie dorosła! Nadal będzie przypalać ziemniaki, kupować sobie kolorowe balony na straganie, wyjadać nutellę ze słoika i chodzić boso (zamiast w szpilkach). A jak zatęskni za domem to sobie do niego wróci, jak gdyby nigdy nic! Haadziaaa!


Rysunek na specjalne zlecenie. Ostatnio mam sporo takich specjalnych zleceń i ciągle rysuję różne rodzinki. Nie ma czasu na rysowanie gołych bab (tak jak TU). Dorosłość!

piątek, 8 marca 2013

Biblioteczka


Janinka miała pasję zbieractwa.

Pasja jej najlepiej rozwijała się w dzieciństwie. Najpierw zbierała znaczki pocztowe (nocami moczyła koperty w misce, aby delikatnie odkleić piękne znaczki). Później zbierała karty telefoniczne (miała nawet oryginalny okaz z Japonii!), kapsle z piwa (od taty i wuja z Holandii), czterolistne koniczyny, pierwsze siwe włosy swojego ukochanego psa (delikatnie wyrywała mu je kiedy spał - żeby nie bolało), kulki z plasteliny, którymi jej dziadek zaklejał szpary w oknach, kolorowe listki z papieru toaletowego (chciała je skleić i zrobić jedną, wielobarwną rolkę) oraz zdjęcia ładnych sukienek (wycięte z modowych gazet mamy).

Pewnego dnia Janina urosła i stała się kobietą. Zauważyła wtedy, że nie interesują jej już kapsle od piwa ani karty telefoniczne (dawno temu przestały być modne). Nie mogła również zbierać czterolistnych koniczynek bo zamieszkała w mieście. Aby wynagrodzić sobie te straty, dwa razy w tygodniu kupowała ciekawe książki w Taniej Księgarni.

Małe mieszkanie Janinki bardzo szybko wypełniło się książkami. Półki, które ustawiła przy każdej wolnej ścianie, stały się niewystarczające. Książki leżały również na kanapie, stole kuchennym, biurku, głośnikach, pralce, lodówce, parapetach i na podłodze. Zajmowały każdą wolną przestrzeń od podłogi, aż po sufit. Królowały, wzbudzały podziw, zwracały  na siebie uwagę i... pachniały!

Książek w mieszkaniu Janinki było tak dużo, że sąsiadom z dołu ugiął się sufit! Nie wytrzymał po naporem takiego ciężaru! Na szczęście wcale im (sąsiadom) to nie przeszkadzało bo również byli zbieraczami. Zbierali bezdomne kanarki, które wyfrunęły przez otwarte okna u poprzednich właścicieli (niektóre z nich udało się oddać do dawnych domów).
A poza tym sufit szybko wrócił do normy ponieważ Janinka poznała swojego przyszłego małżonka, Zygmunta. Zygmunt zbierał zegary z kukułką, więc musieli kupić sobie duży dom (bo u Janinki na ścianach nie było dla nich miejsca).

Tak to z tą Janinką było.

Wszystkich, którzy mają taką samą pasję jak Janinka zapraszam na blog Wieczór z książką! To dla Ady jest powyższy rysunek :)

A poniższe zdjęcia przedstawiają Menrza, który chciałby, żebym miała odrobinę mniej książek (ale i tak pozwolił mi kupić dwie piękne szafki na książki - po sam sufit!).






wtorek, 26 lutego 2013

Niemoralnie


Helenę gniotły rajstopy.
Ściskały ją w pasie, zgniatały palce u stóp, uwierały pod kolanami... Chodząc w rajtkach czuła się jak kiełbaska! Co gorsze, gniotły ją również skarpety. Odciskały podłużny wzorek z gumki na jej łydkach - nienawidziła tego!

Helenę gryzły golfy.
Drapały w ręce, łaskotały w brzuch, dusiły w szyję... Zakładając golf miała wrażenie, że zamknięto ją w ciasnej klatce (chyba nikt by tego nie zniósł!). Podobnie czuła się w swetrach.


Helenę drażniły podkoszulki.
Takie były nieforemne, czasem za duże (i wisiały niechlujnie), czasem za małe (gniotły pod pachami). Miały metki drapiące w kark, a czasem też w bok (po co komu metki z boku podkoszulka?! - denerwowała się Helena).


Podobny stosunek miała Helena do majtek (uwierały w pachwiny), czapek (swędziało po nich czoło), rękawiczek (zahaczały się o obgryzione skórki i paznokcie), sukienek (łaskotały w uda), piżam (guziczki uniemożliwiały spanie na brzuchu), spodni (były ogólnie niemiłe dla skóry) oraz, rzecz jasna, staników (tu: bez komentarza). 

Pewnego nieszczęsnego wtorku Helena wracała tramwajem do domu (tak, z pracy wracała). Była to godzina 16.00, a więc tłok wewnątrz wagonu panował przeogromny. Ludzie podróżowali ściśnięci, ocierali się o siebie ramionami, plecami, a nawet pośladkami! Z jednej strony napierał na Helenę gruby pan, z drugiej starsza pani z siatkami, z trzeciej pan biznesmen z walizką, z czwartej dziewczynka z tornistrem, z piątej... Helena była cała czerwona ze złości! Czuła jak jej ubrania (luźne dżinsy i za duża koszulka) drapią ją, gniotą, szczypią, łaskoczą i uwierają na CAŁYM ciele! To było zbyt wiele!

Helena wybiegła z tramwaju na najbliższym przystanku (a było to aż trzy przystanki od jej domu). Cała zziajana dobiegła do mieszkania, w którym zrzuciła z siebie wszystkie ubrania. Tupnęła nogą i oznajmiła (swojej jaszczurce o imieniu Trojańska - bo tylko z nią mieszkała), że już nigdy więcej nic na siebie nie założy. Że będzie chodzić goła bo tylko tak czuje się komfortowo. Że ubrania ją męczą i, że nie chce o nich słyszeć! (Jaszczurka Trojańska nic nie odpowiedziała)

Helena usiadła na swoim najwygodniejszym (mięciutkim) fotelu i przez resztę dnia beztrosko oddawała się lekturze. 


piątek, 22 lutego 2013

Sonia


Sonia bardzo chciała zostać powieściopisarką.

Po pracy (była baristką w kawiarence "Stefek") jeździła w miejsca publiczne, aby obserwować ludzi i poznawać ich zachowania i reakcje (wszystko po to, żeby jej powieść była bardziej realistyczna). W poniedziałkowe popołudnia przechadzała się po supermarkecie, we wtorki wybierała skwerek "psiarzy", w środy - place zabaw, czwartki i piątki przeznaczone były na kluby i kawiarnie, a weekendy na galerie handlowe oraz miejsca sezonowo atrakcyjne.

W trakcie tych przechadzek ściskała w dłoni mały notesik (ukradziony z zapasów kawiarenki "Stefek") oraz ołówek (zabrany ze sklepu meblowego "Ikea") i skrupulatnie notowała zaobserwowane zachowania i zasłyszane rozmowy międzyludzkie (ale tylko te, które wydały jej się wyjątkowo intrygujące!).
 
Weekendy były najlepsze. W weekendy całe rodziny poświęcały wolny czas na wspólną rozrywkę. Do najpopularniejszej rodzinnej rozrywki należały wielkie zakupy w ogromnym hipermarkecie. Sonia czekała na te dni przez cały tydzień! Po takiej przechadzce w jej notesiku pojawiały się dziesiątki stron zapisanych rozmówkami w stylu: "Ja będę duża to zostanę psychologiem bo on leczy psy" albo: "Tak, ty jesteś taka sama jak twoja mama! Identyczna!".

Pewnego razu, do kawiarenki "Stefek", wszedł menel z gitarą.
- Cześć wiewióreczko - powiedział do niej. - Mam na imię Dariusz.
Bezceremonialnie usiadł na taborecie, wyciągnął z pokrowca niebieską gitarę (mówiąc, że ma na imię Daria) i zaczął grać. Sonia, kompletnie zaskoczona, nie odezwała się ani słowem. Od tamtej pory menel Dariusz odwiedzał ją niemal codziennie. W pożółkłym woreczku przynosił mieloną kawę i prosił o odrobinę wrzątku (ręce, którymi podawał woreczek całe były w zaropiałych owrzodzeniach). Siadał na taborecie i opowiadał jej przeróżne historie z życia bezdomnego (które były dla Soni tak egzotyczne, jak wyprawa do dalekiego kraju).

Opowiadał o Agnieszce - miłości życia, o partyjce szachów pod arkadami na Grodzkiej (wygrał wtedy Darię), o ciotce, która nie mogła mieć dzieci i zwariowała oraz o chłopcu, który w tym czasie umarł przygnieciony przez most zwodzony, o kolegach "na gigancie", o człowieku, który przetrwał na pustyni dzięki specjalnej odmianie glonów.
A Sonia tylko słuchała i kiwała głową ze zdziwienia. Od menela Dariusza dowiedziała się o życiu znacznie więcej, niż w czasie wszystkich swoich badawczych przechadzek po supermarketach.


Tak mi się dziś napisało jakby smutnawą bajkę (z życia wziętą, jak większość bajek). Równoważę ją bardzo pozytywnym i kolorowym rysunkiem rodzinki Zuzi, który z historyjką nie ma nic wspólnego :) Zapraszam na blog mamy Zuzi - KLIK!

Ah! Jeszcze jedną rzeczą muuuuuszę się Wam pochwalić (bo to było takie strasznie miłe!!!!). Zobaczcie TU!

piątek, 15 lutego 2013

Mamowe


Chodzenie na spacer z dzieckiem jest fajne.

Można beztrosko huśtać się na huśtawce (z dzieckiem na kolanach), robić zamki z piasku w osiedlowej piaskownicy, zrywać liście z drzew i udawać, że to bilety autobusowe, pleść wianki z mleczy i nosić je na głowie, robić fikołki na trzepaku (tu uwaga: warto pamiętać, że trochę się urosło i głowa z pewnością uderzy o chodnik), ciągnąć za sobą drewnianego krokodyla na sznurku, jeść przekąskę w parkowej altance, prowadzić zabawne konwersacje z obcymi dziećmi, głaskać napotkane psy i przez godzinę oglądać rybki z sklepie zoologicznym, uciekać przed stadem muszek meszek, jeździć autobusem i machać do kierowców samochodów, karmić kaczki płatkami Cheerios (nie lubią), rysować kredą po wszystkich alejkach, dostawać gratisową bułkę kajzerkę w sklepie (bo dziecko z pewnością głodne)...

Można też robić sporo "dorosłych" rzeczy, na przykład czytać książkę na ławce w parku (kiedy dziecko smacznie śpi) lub być obiektem westchnień starszych pań (westchnień pełnych potępienia) bo dziecko czapki nie ma! kocyka nie ma! buty ma za cienkie! rękawiczki złe bo z pięcioma palcami (a to jest podobno mało wygodne)!

Skąd ja to wszystko wiem skoro własnego dziecka nie mam? Ponieważ przez cztery lata pracowałam jako niania :) Właśnie obliczyłam, że opiekowałam się... dziesięciorgiem dzieci! Mamma mia! Tylko czworo z nich miałam "na stałe", ale to i tak niezły wynik ;) I niech to będzie jedna z tajemnic, którą miałam ujawnić jako osoba wyróżniona przez Niezapominatkę (kto nie zna niech koniecznie zaglądnie na jej blog!) :)

Rysunek z wózkiem zrobiłam na specjalne zamówienie Pauliny (jej blog również polecam)

REKLAMA --> I zapraszam również na blog Szafeczka, gdzie znajdziecie konkurs z ciekawymi nagrodami! :>


Taki dziś wpis bez bajki. Dziwny.

środa, 6 lutego 2013

Relaks


Zajączek był tak zestresowany swoją pracą (pracował jako biznesmen), że aż drżały mu łapki i jakby gorzej słyszał na jedno ucho. Przeczytał ostatnio w Onecie, że stres rujnuje zdrowie i kondycję, co przeraziło go jeszcze bardziej. Bał się również o swoją psychikę (jego babka od strony mamy miała problemy z psychiką!).

W niedzielę po pracy (bo zajączek pracował również w niedziele) przykicał na polankę, aby zachłysnąć się zapachem świeżego runa leśnego (co ma zbawienny wpływ na zszargane nerwy zajęcze).
Polanka go nie zawiodła. Mech, na którym usiadł był mięciutki i pokryty delikatną rosą. Wilgotne powietrze aż lśniło w promieniach słońca. Pachniało prawidłowo - kręciło w nosie od wspaniałego zapachu lasu!

Zajączek zamknął oczy i siedział...

Aż tu nagle przysiadł się do niego Niedźwiedź i wyjął z kieszeni termos z zupą ogórkową. Nalał do dwóch miseczek (metalowych) i podał jedną Zajączkowi. - Potrzebujesz prawdziwego relaksu - powiedział. - Jak zjesz to zaprowadzę cię w pewne miejsce.

Zjedli (zupa była wyśmienita) i powędrowali wgłąb lasu (Zajączkowi trochę żal było opuszczać ukochaną polankę, ale miał nadzieję, że Niedźwiedź poradzi mu jak uporać się ze stresem). Bardzo szybko dotarli do celu, gdzie czom Zająca ukazała się... huśtawka! Drewniana deska służąca jako siedzisko przywiązana była (grubymi sznurami) do gałęzi rozłożystego drzewa.

Niedźwiedź usiadł na huśtawce mówiąc zdziwionemu Zającowi, aby patrzył na niego i się uczył. Wręczył mu również małą karteczkę na której napisane było:

Instrukcja jak należy uprawiać relaks:
1. Należy usiąść na huśtawce wygodnie
2. Zamknąć oczy i uszy (jedyny dźwięk jaki można słyszeć to świergot ptaków)
3. Rozhuśtać się tak bardzo aż się poczuje wiatr we włosach
4. Huśtać się długo i myśleć o rzeczach przyjemnych na przykład o polance w lesie, zimnym strumyku latem albo o jedzeniu
5. Zakończyć relaks kiedy się zechce lub kiedy się poczuje nudności

Zając przeczytał instrukcję trzy razy, żeby dobrze ją zapamiętać. Kiedy nadeszła jego kolej i zaczął uprawiać relaks nagle zrozumiał co Niedźwiedź miał na myśli - to rzeczywiście działało! I, chociaż pomylił mu się punkt drugi z trzecim, i tak poczuł ogromną radość i spokój. Łapki mu już nie drżały, a uszka działały nadzwyczaj sprawnie! Podziękował Niedźwiedziowi serdecznie i postanowił, że od dziś każdy dzień będzie zaczynał i kończył od uprawiania relaksu na huśtawce!


Monsz i ja również mieliśmy ostatnio przyjemność uprawiać relaks. Mimo, że pracuję dopiero czwarty miesiąc, byłam już zmęczona (a nie jestem biznesmenem!). Więc kupiłam na urodziny dla Menrza relaksacyjny prezent - bilety do Bolonii (Monsz też się z niego bardzo ucieszył :p). Wolny weekend + tanie bilety w Ryanairze + nocleg znaleziony na Couchsurfingu = relaks za grosze! Polecam wszystkim (nie warto bać się Couchsurfingu)!


niedziela, 27 stycznia 2013

Pies


Piesek Ryszard siedział na chodniku wpatrzony w stoisko z pieczonymi kurczakami. Ogromne płatki śniegu spadające z nieba osiadały na jego brązowym futerku. Mróz szczypał pieska Ryszarda w nosek (aż wywołał u niego głośne kichnięcie).

A kurczak tak pachniał... Piesek Ryszard wyobrażał sobie jego delikatny smak i chrupiącą skórkę. Mniam... Gdybym mógł tylko spróbować malutki kawałeczek - myślał sobie i od razu robiło mu się odrobinkę cieplej (bo był już bardzo zmarzniętym pieskiem Ryszardem). Chude łapki drżały mu z zimna, a w brzuszku kiszki grały marsza.

W końcu do pieska Ryszarda podszedł zaciekawiony szczurek Igor (który był bratem pieska). Usiadł obok niego i również spojrzał na stoisko z pieczonymi kurczakami.

- Na co patrzysz? - Zapytał swojego brata, pieska Ryszarda.
- Jak będę duży to zostanę panem od pieczenia kurczaków pieczonych - Powiedział mu rozmarzony piesek.
Szczurek Igor zamyślił się (kilka minut siedzieli w całkowitej ciszy).
- A ja będę ratownikiem na basenie! - Odezwał się w końcu szczurek Igor.

Chwilę jeszcze posiedzieli przy stoisku z kurczakami, a później zebrali się i poszli do swojej norki w Parku Jordana. Od kilku miesięcy mieszkali w jamie pod wielkim jałowcem. Domek ich osłonięty był od zawiei i zamieci śnieżnych (a także od wścibskiego wzroku ludzi).

Tak właśnie mieszkał sobie piesek Ryszard ze swoim bratem szczurkiem Igorem. 


Na zdjęciu bliski krewny pieska Ryszarda - piesek Ferdek ;) Oraz jego młodsza siostra Laura (ta gryząca kość). Szczurek też był. Był strasznie mądry i kochany. Aktualnie przebywa w Szczurkowym Raju. 


fot. Piotr Galus



Strasznie miła niespodzianka mnie dziś spotkała - bardzo sympatyczny post na blogu Agnieszki i Odessy :) :) :) Zaglądnijcie TU! 

I jeszcze chciałam pozdrowić Kasię, z którą chyba czytamy sobie w myślach bo wtedy, kiedy ja pisałam ten post, ona wysyłała mi smsy, że chce pomagać bezdomnym psom! :)




poniedziałek, 21 stycznia 2013

Bunt


Oto Róża.

Róża bardzo chciała iść dzisiaj do pracy. Naprawdę. Miała nawet plan, żeby wstąpić do piekarni i kupić swoje ulubione ciastko francuskie z kremem waniliowym i truskawkami (na lunch!).

Nie uwierzycie, ale czynność ta okazała się być niemożliwa do zrealizowania!

Jak w każdy dzień, Róża wstała punktualnie o siódmej... piętnaście (obudzona przez budzik w kształcie żółwia ninja - pozostałość z czasów beztroskiego dzieciństwa). Niewiele widząc na rozespane oczy (jedną nogą była jeszcze w swoim pięknym śnie) dotarła do łazienki, w której odprawiła swój codzienny rytuał higieniczny.
Dokładnie wyszczotkowała zęby pastą wybielającą, ochlapała twarz chłodną, orzeźwiającą wodą i rozczesała skołtunione włosy.

Następnie udała się do kuchni, aby podgrzać mleko na poranne kakao (z bitą śmietaną i wiórkami czekoladowymi). Wypiła je na spółkę ze swoim psem - bo on wprost przepadał za kakao!

Po tych czynnościach Róża była w pełni gotowa, aby stanąć przed najtrudniejszym wyborem dnia codziennego - otworzyła swoją piękną białą szafę (z wielkim lustrem), aby zdecydować co dzisiaj ubierze.

I wydarzyła się prawdziwa tragedia!

W szafie Róży (tak, w jej pięknej, białej szafie!) nie było nic! Kompletnie nic!

Ani bluzeczki, ani sweterka, ani spodni rurek, spódniczki, getrów, tuniki... Nic! Spostrzegła również brak eleganckiej sukienki. Róża złapała się za głowę!

Nie miała wyboru. Na kolanach wpełzła do szafy (wzięła ze sobą latarkę-czołówkę, żeby lepiej widzieć).

Pełzła, pełzła i pełzła... Natrafiła po drodze na bluzkę w serduszka, którą kupiła w zeszłym miesiącu (już była niemodna. A poza tym źle układała się na ramionach). Znalazła również korale - kiedyś długo ich szukała.
Wędrowała dalej przez ciemne zakamarki. Otulał ją przyjemny zapach lawendy odstraszającej mole. Napatoczyła się także na kapcie góralskie - nieużywany prezent od dawnej przyjaciółki. Ale po ubraniach ani śladu!


W końcu doszła do wniosku, że jej szafa jest dziwnie... pojemna! Nigdy wcześniej do niej nie wchodziła, to fakt. Ale, żeby tak długo pełznąć przez jej wnętrze...? Nic dziwnego, że ubrania gdzieś zniknęły!

Róża, którą rozbolały już kolana i nadgarstki, usiadła na chwilkę i wyjęła z kieszeni koszuli nocnej batonik Bounty. Wgryzła się w niego swoimi dobrze wyszczotkowanymi zębami i poczuła przyjemny przypływ energii. Odetchnęła głęboko i postanowiła udać się w drogę powrotną - skoro w szafie nie ma nic do ubrania to musi znaleźć coś w koszu z "brudami"!

W szafie było całkowicie ciemno. Latarka-czołówka świeciła niemrawo. Zapach lawendy świdrował w nosie. I, wyobraźcie sobie, że Róża zwyczajnie zabłądziła! Zgubiła drogę powrotną do swojej sypialni. Kiedy zorientowała się, że coś jest nie tak oraz, że chyba nie da rady sama wrócić do pokoju, zwinęła się w kłębek i przykryła znalezionym po drodze pledem.

- Jak mąż przyjdzie z pracy to mnie uratuje - szepnęła ziewając przeciągle i... zasnęła!


czwartek, 17 stycznia 2013

Taaaak!


Świat można podbijać na różne sposoby.

Można sobie zrobić tatuaż w kształcie serduszka - na ramieniu.
Kupić żółte szpilki, mimo, że się nie lubi koloru żółtego i nie potrafi się chodzić w szpilkach.
Pójść w wymarzone miejsce pracy i bezceremonialnie oznajmić, że od dziś się tam pracuje.
Kupić bilet do Neapolu za cztery złote (albo, jeszcze lepiej, do Nepalu!).
Przygarnąć smutnego psa ze schroniska.
Upiec pierwszy w życiu tort (ewentualnie zrobić go z wykorzystaniem kupionych blatów z ciasta).
Zakumplować się z obcą osobą spotkaną na ulicy i wspólnie narzekać na drogie bilety autobusowe.
Kupić pączka menelowi spod Żabki (lub banana, jeśli woli).
Pójść na bal!

Albo trochę bardziej dosłownie.
Rzucić pracę i wyjechać w podróż dookoła świata.

Co tam komu tkwi głęboko w myślach.

Na wszelki wypadek, żebyście pamiętały o spełnianiu swoich marzeń, podsyłam Wam powyższy rysunek do pobrania TUTAJ. Wydrukujcie, powieście na lodówce i niech Wam to przypomina, że marzenia trzeba spełniać (bo bez sensu, żeby się kurzyły gdzieś tam pod szafą).

Dobra?


Na poniższym zdjęciu - Jadzia pijąca (tak, to jest jej prawdziwy, żywy język). Zdjęcie zrobił Monsz mój i mam ogromną nadzieję, że nie będzie zły, że je tutaj zamieszczam. Bo zdjęcie jest piękne i warto je pokazać innym! Klik do strony Menrza --> TU.





środa, 2 stycznia 2013

Aurelia


- Masz nóżki jak sarenka - westchnął Klemens na widok Aurelii.
Aurelia, która była bardzo nieśmiała, zarumieniła się i w odruchu wrodzonej skromności spuściła głowę. 
- Oj tam, oj tam... - szepnęła chichocząc cichutko.

W sobotę Aurelia zakupiła sobie na własność egzemplarz magazynu modowego VOGULE w języku francuskim. Podążając przez miasto z tak ekskluzywnym magazynem w torebce czuła się... jakby frunęła!
Wiedziała, że to troszkę dziwne, ale miała wrażenie, że ten zakup na zawsze odmieni jej życie (dodać należy, że nigdy dotąd nie pozwoliła sobie na tak duży wydatek).

Popołudniu Aurelia zaparzyła zimową herbatę (cynamonowo-pomarańczową) w filiżance z delikatnej, angielskiej porcelany i zasiadła w swoim antycznym fotelu (po prababci). Zwilżając palce językiem przerzucała kartkę po kartce, przeglądając swój stylowy, pachnący magazyn.

Zegar z kukułką wybił dziewiętnastą, kiedy na twarzy Aurelii pojawił się uśmiech. Podeszła do kredensu i wyjęła z niego koszyczek z włóczkami.
Magazyn VOGULE donosił, że najmodniejszym elementem garderoby każdej damy jest rudy sweterek z liskiem!!! Więc Aurelia, osoba oszczędna i pracowita, wzięła w obroty swoje szydełko i wydziergała piękny sweterek z liskiem. W zestawie do niego uszyła wełnianą spódniczkę mini w kolorze choinki (absolutny mast hew - wyczytała w gazecie).

W niedzielę Aurelia wybrała się na przyjęcie do Klemensa - oczywiście w swoim najmodniejszym zestawie z liskiem. W atmosferze ponczu, wiśni w czekoladzie i Franka Sinatry usłyszała od Klemensa słowa, które wywołały rumieńce na jej twarzy. Od wielu miesięcy śniła, że Klemens spogląda na nią swoimi orzechowymi oczętami i... dosięga go strzała Amora!

I co? Aurelia miała rację. Lisek z VOGULE zmienił jej życie!



Dziewczyny (i chłopaki?) życzę Wam samych wspaniałych przygód w roku 2013! :)
Sylwestra spędziłam z Menrzem, rzecz jasna. Nie poszliśmy na żaden wielki bal maskowy, nie miałam okazji, żeby kupić sobie ładną sukienkę, ale za to oglądnęliśmy dwie bajki - jedną dla dziewczynek ("Zaplątani" - śpiewali dużo romantycznych piosenek), a drugą dla chłopców ("Frankenweenie" - było dużo zombich). Żeby było sprawiedliwie. 


sobota, 29 grudnia 2012

Facet


Romuald uwielbia takie dni, kiedy może zasiąść na swojej kanapie, napoić się nektarem z chmielu i wziąć w objęcia swą smukłą Kochankę.

Bo Kochanką jest ona wprost idealną! Jest mu całkowicie posłuszna, nie mówi zbyt wiele i spełnia wszystkie jego zachcianki. To prawda, macie rację. Kochanka nie gotuje, każdy musi mieć jakąś wadę.

Romuald dobrze wie, że najważniejsze jest wnętrze, serce. Ale... Mamma mia! JAK ONA WYGLĄDA! Białosrebrzysta niczym świeży śnieg oświetlony porannym słońcem!

Romuald uwielbia jak jego palce prześlizgują się po guziczkach Kochanki, gładkich jak jedwab. Tak, takie guziczki ma tylko Kochanka, której lico zdobi piękne jabłko (zapewne z dorodnej polskiej jabłoni - tak sobie Romuald zwykł myśleć).

Lecz jest coś, co gryzie Romualda od wielu dni!


Kochanka, niby idealna, smukła, gładka, powabna, a jakaś taka... nadgryziona. Wiążąc się z nią wieloletnią ratą kredytu był pewny, że nie tknął jej żaden inny użytkownik! Ona również nie zdradza żadnych oznak kontaktu z INNYM! Tylko to jabłko...

Któż mógł mu to zrobić? Tego Romuald nie mógł się dowiedzieć bo Kochanka była przecież bardzo małomówna. Czasem mogłaby jednak coś powiedzieć...

Trzeba się pogodzić z trudnym losem - pomyślał sobie Romuald i wypił łyczek nektaru chmielowego. 



Na koniec chciałabym Wam powiedzieć, że życie bez patyka to... to co to jest za życie! ;)



poniedziałek, 24 grudnia 2012

Merry Christmas


Rysowanie kotów jest strasznie trudne. Zwłaszcza takich kotów jak Miluś!
Nie znam Milusia osobiście, ale sporo o nim słyszałam. Ma rok, jest szarobury i kipi energią! Biega, skacze, rozrabia i bawi się szczurkiem z Ikei. Podobno potrafi nawet otwierać drzwi.

Moje psy również potrafią otwierać drzwi. Niestety, nie robią tego tak delikatnie jak kotek. Laura taranuje drzwi swoim wielkim cielskiem, a Ferdek szybkim susem wskakuje na klamkę.

Ostatnio zastałam ich wpatrujących się w spadającą gwiazdkę z nieba. Ciekawe o jakich marzeniach sobie wtedy pomyśleli?
Mają szczęście. To bardzo rozpieszczone psy (aż wstyd się do tego przyznawać). Ich marzenia pewnie zostaną spełnione.

Życzę Wam, żeby Wasze marzenia również się spełniły. Żeby życie Was rozpieszczało :)
Wesołych Świąt!





poniedziałek, 10 grudnia 2012

Niespodziewanka



Helenka bardzo chciała zobaczyć najprawdziwszą Gwiazdę Betlejemską. Tak bardzo o tym marzyła, że nie mogła spać! 

Nie przespała nocy we wtorek, środę, czwartek, piątek (mimo, że była już strasznie zmęczona!), a nawet w sobotę! Jej oczy (kiedyś wielkie i piękne) zrobiły się szarobure i podkrążone. Jej buzia stała się bardzo blada, a rączki i kolanka - drżące. 

Całe szczęście, że zjawił się Mały Książę! Chwycił Helenkę za drobną dłoń (a Helenka chwyciła swojego pieska Orzeszka) i razem polecieli (bo to był Mały Książę, który potrafił latać jak Piotruś Pan!) na najwyższe wzgórze w okolicy.

I w ten sposób Mały Książę spełnił marzenie małej Helenki (i jej pieska Orzeszka). Wszystko to działo się, rzecz jasna, w Boże Narodzenie! Tak oto wygląda kartka świąteczna, którą narysowałam dla Fundacji Jaśka Meli "Poza horyzonty" (klik!).



A teraz to, na co czekacie :) Wyniki losowania!
Tym razem nie posłużyłam się maszyną losującą. Przepisałam, powycinałam, wylosowałam! Kogo wylosowała moja dłoń losująca?

 


 

Plakat wylosowała Olga z "O tym, że..." ! :) 

 Bardzo mi miło, że tyle Was wzięło udział w plakatowym losowaniu! Dziękuję! Obiecuję, że to nie ostatnia taka zabawa.

Jeszcze tylko psy moje niegrzeczne na koniec. Laura i Ferdek na spacerze ;)



czwartek, 6 grudnia 2012

Rodzinka



To jest najprawdziwsza na świecie rodzinka.

Wcale nie powstała w mojej głowie!

Pewnego dnia dostałam maila od Ali. Czy mogłabym narysować ich portret rodzinny?
Świetna sprawa! Mówię Wam!

Ala (z reguły) nosi włosy splecione wokół głowy. Uwielbia swoją krótką sukienkę w paski i dżinsową kurteczkę - z tym zestawem się ostatnio nie rozstaje!
Ma męża, dwie cróeczki - Hanię i Felkę oraz kota Stefana.

Mąż ma na imię Michał i jest wielkim fanem FC Barcelony (jego ulubioną bluzą jest ta z logo Barcelony!). Lubi wygodne, casualowe ubrania takie jak: tiszerty, dżinsy, konwersy (oraz rzemyk na szyi).


Hania to energiczna, rozczochrana dziewczynka, która czerpie energię z kosmosu (prawdopodobnie). Uwielbia swoją Lalusię w ubranku w paski. Ma młodszą siostrę Felkę, która mieszka sobie w brzuchu mamy.

A Stefan? Typowy, szarobury dachowiec!

Taka to wesoła rodzinka :)



A teraz wyobraźcie sobie taką historię:

Pewnej nocy (a był to sam środek bardzo ciemnej nocy!) przebudziło mnie dziwne uczucie, jakby ktoś delikatnie dotykał mnie po głowie (trochę to straszne, ale wcale się nie bałam!) .

Ponieważ sen mam bardzo mocny (kocham spać!), nie obudziłam się do końca i znalazłam się w dziwnej fazie pomiędzy snem a jawą. Dlatego bez zastanowienia uznałam, że to mój pies Ferdek (o Ferdziu było tu: Klik!). Że drapie mnie po głowie łapką bo chce wejść pod kołdrę! Nie otwierając oczu podniosłam kołdrę i powiedziałam, żeby wskakiwał. Pospieszałam go (bo zimno!), a on dalej drapał!
I to mnie ostatecznie obudziło (a Ferdek przecież nigdy nie śpi ze mną w łóżku!).

Podniosłam głowę, a tam...
JADZIA!!! Tak! Jadzia! Mój (i Menrza) jeż!


Jadzia???
Co Jadzia robiła w moim łóżku! 

Wyobraźcie sobie, że Jadzia wspięła się po mojej torebce (wiszącej na rogu łóżka) i przyszła zobaczyć co u mnie słychać!

Jadzia, jak każdy jeż, jest zwierzątkiem nocnym i kiedy wszyscy (ludzie i psy) śpią, biega po pokoju.

W nocy byłam chyba zbyt śpiąca, żeby dziwić się wyczynom Jadzi. Zdjęłam torebkę, żeby Jadzia więcej się nie wspinała i momentalnie zasnęłam.

To była dziwna noc.

Po pewnym czasie znowu zostałam obudzona. Coś dreptało po moich nogach, a stronę pleców!

Tym razem wspięła się po zasłonie.

Słyszeliście kiedyś o jeżu, który wspina się po zasłonach???

fot. Monsz
 

sobota, 1 grudnia 2012

Gwiazdka III



Powiem Wam co zrobiła Dorotka, kiedy dostała gwiazdkę z nieba od Misia (O Misiu tutaj: klik!)!

Rzecz jasna, Dorotka była niewyobrażalnie zaskoczona, wzruszona, zarumieniona, załzawiona, rozanielona i uszczęśliwiona.
Stwierdziła, że też MUSI dać Misiowi gwiazdkę z nieba bo mu się należy jak niewiadomoco!

Dorotka nie potrafiła skakać jak Miś, nie uprawiała boksu (który pozwoliłby jej zobaczyć gwiazdy), nie bywała na czerwonym dywanie, a do planetarium miała wyjątkowo daleko. Ale miała szczególny dar.
Potrafiła robić przepiękne wycinanki z papieru! Wszyscy, którzy widzieli wycinanki Dorotki zawsze głośno wzdychali mówiąc coś w stylu: "Oooh!", "Aaaah!", "Mamma mia!", "Przepiękne!".

Jedyną sensowną rzeczą jaką mogła zrobić Dorotka był... spacer do sklepu papierniczego!
Kupiła ogromny rulon szarego papieru (chciała kupić błyszczący złoty, ale był bardzo drogi). Rulon był tak wielki, że ledwo zmieścił się w salonie. A kiedy Dorotka go rozwinęła, przykrył całą podłogę, wszystkie meble, a nawet kawałek ściany!
Wyobraźcie sobie jak trudno jej było zrobić z tego wielkiego papieru piękną wycinankę! Dorotka była bardzo zdolną wycinaczką wycinanek, więc poradziła sobie w oka mgnieniu!

Z szarego papieru powstała ogrooooooomna GWIAZDA! Była przepiękna!

"Piękna? Szara gwiazda...?" - pomyślicie sobie pewnie. Ha! Dorotka dobrze wiedziała, że gwiazda wcale nie będzie szara!

Zapakowała ją do reklamówki (oj tak, trudno było ją tam zmieścić) i pojechała pod dom Misia. Całe szczęście, że przed oknem jego sypialni rósł wielki orzech! Dorotka wspięła się na drzewo i zawiesiła swoją ogromną gwiazdę na jego najwyższej gałęzi! Następnie wyciągnęła z kieszeni trzy fiolki ze złotym brokatem...

Chyba wiecie co było dalej :) Po odkorkowaniu fiolek wiatr rozniósł brokat po całej gwiazdce! Przykleił go także do gałęzi drzew, ostatnich jesiennych listków, trawnika, a nawet do ściany domu (czego nie było w planach). W efekcie, kiedy Dorotka zeskoczyła z drzewa, zobaczyła, że caaaała okolica lśni złotym brokatem!!

To była najbardziej zniewalająca i błyszcząca wycinanka jaką kiedykolwiek zrobiła Dorotka! Była z siebie bardzo dumna! Wiedziała, że Misiowi spodoba się taka niespodzianka :)


Dorotka (i ja) poleca własnoręczne wykonanie prezentów świątecznych!

wtorek, 27 listopada 2012

Gwiazdka II



Nie mam dla Was gwiazdki z nieba (chociaż bardzo chciałabym mieć). Nigdy nie skakałam na trampolinie, tak jak Miś :( Więc co mogłabym Wam dać z okazji świąt?

Łysy Śmieszny Pan (którego spotkałam kilka postów temu) podpowiedział mi, że przecież mogę dać Wam plakat Miasteczka. Pomyślałam, że właściwie, byłby to prezent bardziej dla Waszych dzieci, niż dla Was :) I tak też chcę zrobić!

Chciałabym dać swój plakat któremuś z Waszych dzieci. Bo to jest taki specjalny plakat z domkami, którym można zaglądać przez okienka (i oglądać co jest w środku). Ma sporo szczegółów, które można odkrywać przez kilka zimowych wieczorów. Są na nim pieski, kotki, gołąbki, jeżyki i inne dziwne stwory. Są sklepiki, ogródki i polanki.


Gdyby któraś z Was miała ochotę zgłosić się do losowania (jako reprezentantka swojego dziecka:)), zapraszam. Mam do oddania jeden plakat w (nietypowym) rozmiarze 40x50.

Przyjęłam znane wszystkim zasady obecne również na innych blogach. Żeby wziąć udział w losowaniu plakatu należy: zgłosić chęć w komentarzu, polubić mój blog oraz FanPage na Facebooku :) Będzie mi niezmiernie miło jak podzielicie się informacją o losowaniu na swoim blogu lub Facebooku.

Macie czas do 9 grudnia :)


------------------------------------------

W związku z protestem, który pojawił się w komentarzach :) ogłaszam, że osoby dorosłe z Fantazją (zamiast dziecka) również mogą brać udział w losowaniu :D Nie tylko dzieci lubią zaglądać przez okienka (co mi już kiedyś udowodniłyście. Gdzie? O TUTAJ (klik!))

piątek, 23 listopada 2012

Gwiazdka


Miś, zupełnie przypadkiem, usłyszał kiedyś w Telewizorni, że Prawdziwy Mężczyzna powinien dać swojej ukochanej gwiazdkę z nieba. Miś był wtedy dzieckiem, ale bardzo dobrze zapamiętał sobie te słowa (i, na wszelki wypadek, zapisał je sobie w notesiku w zające, który dostał od babci).

Nie można zaprzeczyć, że dorosły Miś był absolutnie Prawdziwym Mężczyzną. Wiedział, że musi zdobyć gwizdkę z nieba dla swojej Dorotki. Tylko jak miał to zrobić? 

Miś miał plan.

Przecież problem ze zdobyciem gwiazdki z nieba trapił go od wczesnych lat dziecięcych! Miał więc trochę czasu na przygotowanie się do tej trudnej misji. Zbierał niezbędne przyrządy, ćwiczył mięśnie i umysł, kolekcjonował złote rady. 
Kiedyś dziadek powiedział mu, że jak zostanie bokserem to prędzej czy później zobaczy gwiazdy. Więc Miś oglądnął boks w telewizji. Jednak nie przekonał się do tej dyscypliny sportowej. 

Ogólnie rzecz biorąc Miś nie lubił sportów. Dużo bardziej podobało mu się czytanie książek i patrzenie w niebo. Problem polegał na tym, że od patrzenia w niebo gwiazdy nie spadają na Ziemię (tak, teraz już Miś o tym wiedział bo kiedyś osobiście wpatrywał się w niebo przez 18 godzin. Żadna gwiazda nie spadła. Ani jedna!).

Mając 15 lat Miś dostał na imieniny ogrodową trampolinę... 

I nagle doznał olśnienia! 

Przez wiele miesięcy, a nawet lat Miś regularnie ćwiczył skoki. Każdy dzień zaczynał i kończył od skoków. Skakał tak dużo, że w pewnym momencie musiał kupić nową trampolinę bo w starej wytarła się całkiem spora dziura (a to groziło niebezpieczeństwem!). Potrafił zrobić takie salta w powietrzu, o jakich nikomu się nawet nie śniło! Mięśnie jego nóg były twarde jak ze stali!

Więc kiedy Miś poznał ukochaną Dorotkę, zdobycie gwiazdki z nieba to był dla niego mały pikuś. 

We wtorek wyspał się dobrze, żeby być odpowiednio przytomnym w nocy. Spakował plecak, wypił gorące kakao (nie zapomniał wytrzeć "wąsów", które mu się zrobiły z czekolady), wypolerował trampolinę i, jak tylko zapadł zmrok, oddał największy, najwspanialszy skok w dziejach wszystkich skoków. 

Skoczył do samego nieba i schwytał śliczną, błyszczącą gwiazdkę na... psią smycz (to była dobra, markowa smycz dla dużych psów np. labradorów).

Nie trzeba chyba opisywać reakcji Dorotki.



A ja chciałam Wam jeszcze pokazać bardzo miły wpis na Kaszce z mlekiem :) Zobaczcie TU (klik!).

piątek, 16 listopada 2012

Sklepik


Przyszedł do mnie Śmieszny Pan i założył... Mały Kram!

Nawet nie zapukał, nie chrząknął (nic z tych rzeczy!). Wszedł bezceremonialnie i oznajmił, że "W tym oto pokoju z wielką szafą otwieram Mały Kram!". Dokładnie tak powiedział!
Troszkę się przestraszyłam, no bo kto to widział, żeby jakiś obcy Śmieszny Pan wchodził do mojego pokoju i zamierzał się w nim rozkładać z bambetlami? To kompletnie niemoralne - pomyślałam.

W dodatku ten Śmieszny Pan miał na sobie podejrzany płaszcz. I był lekko łysawy. Takim gostkom się nie ufa, każdy to powie. Nawet nie miał przy sobie żadnych jabłek, marchewek czy innych owoców, które mógłby w tym swoim kramie sprzedawać (słyszałam ostatnio, że marchewka jest owocem)!

Śmieszny Pan w płaszczu rozsiadł się na moim łóżku i spostrzegł Słonia. A że Słoń jest bardzo nieśmiały (o czym niektórzy już wiedzą), momentalnie cały się zarumienił! Panu najwyraźniej również zrobiło się głupio, więc szybko przeszedł do rzeczy.

Zaklaskał w dłonie i (całkiem sympatycznym głosem) powiedział, że otwieramy kram z moimi rysunkami! Ja (niezbyt inteligentnie) siedziałam zdziwiona z "otwartoma ustoma". Dziwne rzeczy dzieją się na świecie, a ja wciąż daję się im zaskakiwać (tym rzeczom). 

I Śmieszny Pan wyciągnął spod swojego płaszcza... Moje rysunki! Cały stosik! Jedne były oprawione w białe ramki, inne leżały sobie luźno. Moje osobiste prace! Był tam też plakat Miasteczka. Pan-Kram ułożył je ładnie na moim łóżku, uśmiechnął się szeroko i szepnął (zalotnie!) "Do dzieła!". Po czym "pstrykął" palcami prawej ręki i... zniknął! 

Mamma mia! Złapałam się za głowę. Ponieważ nie po raz pierwszy odwiedziła mnie taka dziwna postać, szybko zapomniałam o całym zdarzeniu i rozsiadłam się przed laptopem. Śmieszny Pan musiał maczać w tym swoje palce! Ewidentnie! Zobaczcie co pojawiło się po prawej stronie ekranu! Sklepik! Nic innego tylko Mały Kram! No ładnie. A w nim... Zobaczcie sami ;)


Post Scriptum: Niezastąpiona Maryś w pięć minut wyfotoszopowała zdjęcie plakatu do stanu akceptowalnego! Dzięki Ci wielkie!

czwartek, 15 listopada 2012

Plakat



Znowu krótko dziś. Czas to potwór, który ma wielkie zęby i gryzie.

Po pierwsze:
Maaaam! Wreszcie udało mi się (z ogromną i nieocenioną pomocą Menrza!) wydrukować plakat! :)
Cieszę się jak nie wiem co! :)
Wydruk jest piękny, dokładnie taki jaki chciałam - widać wszystkie szczegóły, napisy, postacie w oknach, kolory są takie jak planowałam. Drukarnia się spisała!

Ja spisałam się mniej - nie potrafię zrobić mu ładnego zdjęcia. Albo jest za ciemno albo szaro albo są cienie albo krzywo kadruję. Mamma mia! W dodatku nie mam takich wielkich ram, żeby go oprawić. Na zdjęciu jest trochę mniejsza wersja plakatu.

Dlatego proszę Was o radę, jaki rozmiar jest fajniejszy: 50x64 czy 60x76? :)

Po drugie:
Bardzo dziękuję Wszystkim za wyróżnienia! FuNi!ta, Kropka, Domio - dziękuję :) Wasze miłe słowa mobilizują do blogowania! :)

Znikam. Potwór Czas mnie gryzie po kostkach nóg.

czwartek, 1 listopada 2012

Miasteczko



Lubicie zaglądać do okien mijanych na ulicy domów? Podglądać: "jakie oni mają meble!", "jaką fajną lampę!", "ale mają dużo książek!", "ha, meblościanka!", "o, ci często bywają w ikei!" :) Ja, przyznam się szczerze, lubię.
 
Fajnie jest wyobrażać sobie ludzi, którzy tam mieszkają. Zastanawiać gdzie pracują, co lubią jeść na śniadanie, jaką mają rodzinę, a może psa? Lubię oglądać jak umeblowane są ich pokoje. Czasem podglądam sama (jadąc wieczorem tramwajem), czasem z mamą (jadąc samochodem). Kiedyś podglądałam też z Menrzem (w Szwecji. Tam mało kto zasłania kotary przed sąsiadami).
Niezbyt długo, tylko krótki "rzut okiem". Bo to przecież nieelegancko, tak podglądać. Ale, skoro nie zasłaniają swoich okien wieczorami... :)

Myślę, że to taka pozostałość po byciu mniejszą dziewczynką. Kojarzy mi się to z (moim wymarzonym) domkiem dla lalek. Miniaturowe pokoiki w których mieszka ktoś inny.
I jeszcze z grą The Sims. Wszystkie moje koleżanki najbardziej lubiły budować i meblować domy dla wirtualnych ludzików.
A mój brat, jak byliśmy mali, miał taką fajną książkę. O Makaroniku. To była taka dżdżowniczka, która przyjaźniła się z kotami i innymi zwierzątkami (a może to rzeczywiście był makaron?). Nie mam pojęcia kto ilustrował tą bajkę, ale był geniuszem. Pełno tam było szczegółów, domków, mebelków, pokoików! Piękne przekroje domków! Oboje strasznie ją lubiliśmy.

Dlatego chciałam narysować domki, którym można zaglądać przez okna. I drzewa, na których ukryte są różne zwierzątka. Takie obrazki można oglądać wiele razy i za każdym razem znaleźć coś nowego. Można wyobrażać sobie miliony historii, które się tam rozgrywają! Można wymyślać kto mieszka za tymi drzwiami, jak ma na imię ta dziewczynka, która stoi za oknem (i dlaczego nie bawi się z innymi dziećmi w ogródku), gdzie biegnie ten pies, kto jedzie w tym samochodzie! I tak w nieskończoność.

Dwa miesiące rysowałam ten plakat ("Mamma mia!" - pomyśleliście sobie pewnie). Jest strasznie ogromny i zajmuje jakieś milion megabajtów. Jak się go powiększy, pokazują się szczegóły.

Wydrukuję go w formie plakatu, zrobię zdjęcie i wtedy zobaczycie więcej. Może dorysuję coś jeszcze na ulicach miasteczka?